czwartek, 30 października 2014

o tym jak zboże smakuje i inspiruje

  Na temat zalet polskich zbóż mogę pisać wiele. Niewątpliwie właśnie takie produkty jak kasze, makarony, płatki, pieczywo i różne rodzaje mąk, powinny znajdować się w naszej podstawowej diecie zaraz po warzywach.  Niestety, współczesny chroniczny brak czasu na  przygotowywanie posiłków spowodował, że coraz częściej wybieramy wciąż te same produkty, zapominając o ich różnorodności. Aby zmienić obecny stan i ukształtować właściwe zachowania  polskich konsumentów, przez cały rok w mediach możemy obserwować akcję promocyjną pod nazwą „Zboże smakuje i inspiruje”. W ramach tej kampanii tuż po wakacjach i ja odwiedziłam  studio DD TVN. Pokazywałam Wam wtedy różne sposoby na wykorzystanie przetworów zbożowych w naszej kuchni np. płatków kukurydzianych w omlecie, makaronu z leśnymi grzybami, czy mąki w owocowym cieście  ze śliwkami. Na stole zagościła również kasza gryczana, która gości i dziś w formie rozgrzewającej, jesiennej zapiekanki.

KASZA GRYCZANA
To ten rodzaj kaszy, który kocham najbardziej. Na południu Polski niekiedy nazywa się ją Tatarką, gdyż w naszym kraju zawitała właśnie za sprawą Tatarów w XIII wieku. Co ciekawe, zupełnie nie zakwasza organizmu i posiada właściwości rozgrzewające, dzięki czemu świetnie pasuje do zapiekanek takich jak ta !

Rozgrzewająca zapiekanka z kaszą gryczaną, szpinakiem i kurczakiem:
(na 3-4 osoby)

-   2 duże lub 3 mniejsze piersi kurczaka
-   opakowanie pieczarek (ok 200g)
-   200g kaszy gryczanej
-   750g bulionu do ugotowania kaszy
-   opakowanie świeżego szpinaku w liściach (ok.250g)
-   połowa słoiczka suszonych pomidorów
-   2 zwykłe cebule
-   2-3 ząbki czosnku
-   2 łyżki sosu sojowego
-   2 łyżki masła + 2 łyżki oliwy
-   sól, pieprz
-   przecier pomidorowy (opcjonalne)
-   ulubione świeże zioła
- małe opakowanie mozzarelli

-   świeżo starty parmezan
- ulubione suszone zioła (np.bazylia, zioła prowansalskie, papryka)

 Mięso myjemy i kroimy w plastry (może być też w kostkę). Solimy, pieprzymy, dodajemy suszone zioła i polewamy 2 łyżkami oliwy. Odstawiamy.
Pieczarki również dokładnie myjemy lub czyścimy szczoteczką i kroimy na połówki lub ćwiartki (w zależności od wielkości grzybów). Cebulę kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na łyżce masła, aż stanie się miękka i złocista (jeśli nie będzie wystarczająco miękka możemy dolać trochę wody,aby ją poddusić). Do cebuli dodajemy pokrojone pieczarki, aż będą miękkie i zarumienione. Osobno, na tłuszczu z marynaty, smażymy kurczaka, a kiedy będzie ścięty z obu stron dorzucamy do cebuli i pieczarek.
 W tym czasie, kaszę gotujemy w bulionie według sposobu na opakowaniu. Ugotowaną (wraz z resztą bulionu) dodajemy do reszty składników i wrzucamy pokrojoną w kostkę mozzarellę oraz pokrojone suszone pomidory. 
  Zdejmujemy z ognia i przekładamy do żaroodpornego garnka (wcześniej na dno garnka możemy nałożyć kilka łyżek sosu,lecz nie jest to konieczne). Teraz w mniejszym garnku rozgrzewamy masło, wrzucamy umyte liście szpinaku, starty czosnek i smażymy chwilę, aż liście zmiękną. Gotowe "ziele" dorzucamy do naszej zapiekanki, polewamy oliwą i całość posypujemy parmezanem i pieczemy ok 10-15min w 160C,aby rozpuścił się ser,lecz aby mięso nie stało się suche.
 


niedziela, 26 października 2014

Bananowy chlebek z Jamajki i grillowane bananowe grzanki



Na Jamajce podobno jadają dokładnie taki chlebek. Tak przynajmniej twierdzi Robert Makłowicz w swojej książce "Fuzja Smaków". Przepis ten wpadł mi w ręce kiedy szukałam pomysłów na Śniadanie Kontynentalne, jakie przygotowywałam dla dziennikarzy kilku wydawnictw. Pomysł bananowego poranka tak mi przypadł do gustu, że swego czasu potrafiłam go piec niemalże codziennie. Miłość do tego wypieku pozostała do dziś. Kocham ten wilgotny i świeży smak poranka ! Niekiedy dodatkowo urozmaicam przepis grillując kromki na suchej patelni grillowej i podając je na ciepło z plastrami dojrzałego banana  polanego łyżką gryczanego miodu, bądź domowej Nutelli !
   I tak powstaje jamajskie śniadanie w naszej, nieco chłodniejszej części świata :)

UWAGA!
Przypominam, na wszystkie książki (kulinarne np."Zamień chemię na jedzenie" i te mniej kulinarne) do 15.11 macie zniżkę -35% ! Wystarczy, że klikniecie link poniżej,wybierzecie pozycje dla siebie i wpiszecie kod !
Kod: Fuzja35%
Link: http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,promo_blog_kulinarnafuzja?utm_source=blog&utm_medium=kulinarnafuzja&utm_campaign=promocja35


Jamajski bananowy chlebek (z przepisu "Fuzja Smaków" Roberta Makłowicza")
Składniki:
- 125g masła
- 2-3 dojrzałe banany
- 3/4 szklanki cukru+mała torebka cukru waniliowego
- 1duże jajko lub dwa mniejsze
- laska wanilii lub kilka kropli esencii waniliowej
- 250g mąki
- po łyżeczce (lub więcej) cynamonu, sproszkowanego imbiru i gałki muszkatołowej
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- łyżeczka sody
- 125ml mleka
- 1/2 szklanki rodzynek
- 2 łyżeczki mocnego likieru orzechowego lub rumu + 1 łyżka do namoczenia rodzynek (opcjonalnie)
- szczypta soli
Grillowane bananowe grzanki (na 2 porcje):
- dojrzały banan pokrojony na plasterki
- 2-4 kromki chlebka
- 2 łyżki miodu (najlepszy gryczany) lub domowej Nutelli lub masła orzechowego
- lody waniliowe/śmietankowe/karmelowe

Rodzynki zalewamy na kilka minut wrzątkiem. Możemy do niego dodać łyżkę likieru, ale nie jest to konieczne. Odsączamy i odstawiamy na bok (najlepiej na suchy papier, aby wsiąkł nadmiar płynów)
Banany za pomocą widelca lub blendera rozcieramy na papkę.
Masło bardzo dokładnie ucieramy (mikserem lub w malakserze} z cukrem na jasną(wręcz białą) i jednolitą masę. Cały czas miksując, wbijamy jajko i dorzucamy banany. Teraz dodajemy ziarenka wanilii ze środka laski/esencję, mleko, alkohol i na samym końcu przesianą mąkę połącząna z proszkiem o do pieczenia, sodą i przyprawami (sól, cynamon, imbi, galka). Dorzucamy jeszcze rodzynki i dokladnie mieszamy. Ciasto wykładamy papierem do pieczenia i pieczemy w 170-180C przez ok 45min, aż do suchego patyczka. Ciasto musi być twardsze- można sprawdzić czy patyczek jest suchy.
Grillowane grzanki bananowe:
Kromki grillujemy na suchej patelni grillowej, kiedy widoczne będą już ślady po obu stronach, zdejmujemy na talerzyk. Nakładamy plastry banana i polewamy miodem. Jeśli chcemy posmarować nutellą lub masłem orzechowym zróbmy to przed nałożeniem banana.  Podajemy na ciepło z gałką lodów :)


czwartek, 23 października 2014

"Zamień chemię na jedzenie" z domową Nutellą



A jeśli by tak zamienić chemię na jedzenie? Jeśli ograniczymy wszystkie świństwa kupowane co tydzień w supermarkecie i zamienimy je na  domowe wyroby bez zbędnych dodatków, konserwantów, spulchniaczy i innych "dobrodziejstw" współczesnego świata?
   Jeśli choć przez chwilę zastanawialiście się nad tym co jecie na co dzień i kłopotliwe czytanie małych literek na etykietach przed włożeniem produktu do koszyka to dla Was coś całkowicie normalnego, powinniście sięgnąć po najnowszą pozycję Julity Bator "Zamień chemię na jedzenie-nowe przepisy". Autorka zaniepokojona ciągłymi chorobami i infekcjami swoich dzieci, postanowiła wprowadzić zmiany do codziennego jadłospisu rodziny. Po przewertowaniu licznych etykiet oraz publikacji na temat szkodliwych składników w produktach, wyeliminowała przetworzoną żywność oraz tak niezdrowe dodatki jak m.in. konserwanty, aromaty, wzmacniacze smaku, glutaminian sodu, benzoesan sodu (występujący również w lekach na kaszel) czy liczne substancje słodzące, występujące niemalże w każdym produkcie podawanym także małym dzieciom.
Liczne badania dowodzą, bowiem iż te i inne chemiczne środki mogą być poważną przyczyną alergii, niestrawności, złego samopoczucia, czy nawet zespołu ADHD.



 Autorka zamiast wyeliminować wszystkie "zakazane" produkty, postanowiła robić je sama w zaciszu swojej domowej kuchni. W ten sposób opracowała pyszne przepisy m.in. na zdrowe jogurty, sery, desery, chleby, czy wszelkie słodkości jak domowe batony, sezamki, czy ciastka. W książce nie zabrakło także świątecznych przepisów, a wśród nich receptur na pachnące pierniczki, domowe Rafaello czy suszone owoce do powieszenia na choinkę. Na Wielkanoc autorka zaproponowała natomiast m.in. domowy chrzan, własną kandyzowaną skórkę pomarańczy czy domową paschę bez zbędnych dodatków skrobi modyfikowanej, czy dodatków z "E" na początku.
A dla wtajemniczonych i tych, którzy lubią jeść na krakowskim Kazimierzu, znalazła się nawet "zapiekanka prawie jak u Endziora" !


 Ja dziś prezentuję Wam zdecydowanie najlepszą domową Nutellę właśnie z tej oto książki.
 Smakuje obłędnie z naleśnikami, chałką czy śniadaniowymi grzankami ! Zdecydowanie można się od niej uzależnić :)



Domowa NUTELLA (przepis z

- 100g orzechów laskowych
- 70g gorzkiej czekolady
- 100ml krowiego (lub zbożowego) mleka (nie homogenizowane ani nie UHT !)
- 2 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią (przepis na prawdziwy domowy cukier znajdziecie także w książce)
 - mała łyżeczka likieru orzechowego (nie było jego w przepisie, jest opcjonalny)

Orzechy prażymy na suchej patelni, uważając aby się nie spaliły. Przekładamy do suchej ściereczki i szybko pocieramy, aż odpadnie skórka (nie przejmujemy się, jeśli z niektórych nie będzie chciała zejść całkowicie). Osobno bardzo dokładanie mielimy cukier i przygotowane orzechy (idealny do tego jest płynek do kawy). Orzechy zalewamy 60ml ciepłego mleka (nie gorącego) i odstawiamy na bok, aż wchłoną cały płyn.
 Czekoladę łamiemy na kawałki i rozpuszczamy ją w reszcie (40ml) mleka w garnuszku na małym ogniu. Do roztopionej (ciepłej) czekolady dodajemy cukier, likier i dokładnie mieszamy, aż się rozpuszczą.
 Wszystkie składniki (miękkie orzechy wraz z płynną czekoladą) dokładnie ze sobą miksujemy, aż do uzyskania jednolitej, gładkiej masy i przekładamy ją do słoika, który można szczelnie zamknąć. Krem przechowujemy nawet do tygodnia (jeśli jest szczelnie zamknięty).

UWAGA !
Ten i inne przepisy znajdziecie w książce:
wyd. Znak 2014
Jeśli jesteście zainteresowani tym i innymi przepisami, zachęcam Was do kupienia książki ze specjalnym kodem rabatowym pod tym linkiem:

Link dla użytkowników: http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,promo_blog_kulinarnafuzja?utm_source=blog&utm_medium=kulinarnafuzja&utm_campaign=promocja35
Kod: Fuzja35%

środa, 15 października 2014

Najlepsza chałka z kruszonką


Miałam robić generalne porządki. Zaczęło się od wypróbowania przepisu na domową Nutellę, ale uzyskując jedwabisty, czekoladowy krem...stwierdziłam, że przydałaby się do tego świeża chałka, której smak zawsze kojarzył mi się z dzieciństwem i o upieczeniu której myślałam już od dawna (od czasów Bat micwy w Kanadzie.)
  Suma summarum porządki skończyły się na bałaganie w kuchni i ostentacyjnie stojącym odkurzaczu na środku pokoju. Najważniejsza jednak była satysfakcja z upieczenia zdecydowanie najlepszej chałki pod słońcem!
To najbardziej wilgotna i najdłużej trzymająca świeżość chałka, jaką kiedykolwiek jadłam !
Jej maślany i puszysty smak najlepiej komponuje się z domową Nutellą, na którą przepis podam w następnym poście.
A tymczasem uciekam do tych wspomnianych już porządków...


Wilgotna CHAŁKA z kruszonką (zaczerpnięte z tego przepisu)

Chałka:
- ok. 520g mąki
- małe opakowanie suszonych drożdży (7g)
- 2 jajka
- 1 szklanka mleka
- 50 g masła
- 90g cukru + małe opakowanie cukru z prawdziwą wanilią (ewentualnie 100g cukru+1 łyżeczka sproszkowanej, prawdziwej wanilii)
- szczypta soli
- łyżeczka esencji waniliowej *
Kruszonka:
- 4 łyżki mąki
- 3 łyżki brązowego cukru
- 1 łyżeczka cynamonu
- 2 łyżki masła


Masło rozpuszczamy w rondelku i odstawiamy na bok.
Do mąki wsypujemy drożdże, sól i cukier. Następnie podgrzewamy lekko mleko, tak aby było ciepłe, ale nie gorące i wlewamy je do reszty składników. W miseczce roztrzepujemy jajka i dodajemy do miski z ciastem- pozostawiając 2 łyżki masy do posmarowania wierzchu ciasta. Dodajemy esencję i wyrabiamy ciasto. Dolewamy rozpuszczone masło i ponownie zagniatamy bardzo dokładnie, aby wszystkie składniki dokładnie się ze sobą połączyły, a ciasto było gęste i gładkie.
Wyrobione ciasto wkładamy do większej miski, przykrywamy czystą, suchą ścierki zostawiamy w ciepłym miejscu przez godzinę (ja przykryłam ściereczką i włożyłam pod kołdrę w ciepłym pokoju).
 Po godzinie odgazowujemy ciasto- uderzając w nie pięścią i dzielimy na cztery części, z których formujemy wałki o tej samej wielkości (nie za cienkie, chyba że chcemy dłuugą chałkę). Na blaszce do piekarnika układamy papier do pieczenia i przeplatamy w warkocz. Instrukcję znajdziecie np. tu. Wierzch naszej chałki smarujemy resztką jajek (po to były te pozostawione dwie łyżki jajek). I pozostawiamy jeszcze na ok.20min. W tym czasie wyrabiamy kruszonkę- aby powstały większe grudki i  nakładamy na ciasto. Rozgrzewamy piekarnik do 180 C i pieczemy ok 30-40min, aż ciasto będzie bardzo zarumienione i suche w środku.
Chałka najlepsza jest od razu po ostudzeniu :)




sobota, 11 października 2014

Domowy POPCORN o smaku krówkowym


Sobotni wieczór od dziecka kojarzył mi się z dobrym filmem. Mama wrzucała suche ziarna kukurydzy do garnka, a kiedy zapomniała go przykryć, po chwili wybuchały jak szalone aż po sufit. Co prawda, w niebezpiecznym wieku, jakim był wiek gimnazjalny tudzież licealny, sobotnia noc wiązała się z przyodzianiem czerwonych szpilek i tańcem do białego rana. Kilka lat upłynęło, a z Signor Fly'em pokochaliśmy nasze ciepłe koce, pod którymi okrywamy się w weekendowe filmowe wieczory i porzuciliśmy wyprawy do klubów na rzecz ciepłego popcornu w różnych wariantach. 
I choć przepisów na karmel jest wiele, to i tak najbardziej lubię ten.
Dziś wariant dla leniwych, czyli popcorn o smaku krówkowym! 


Popcorn:
- 200g ziaren kukurydzy 
- 2 łyżki oleju 
- 1 łyżka masła (opcjonalnie)

Sos krówkowy:
-140g krówek 
- 6 łyżek mleka

 Do garnka wrzucamy masło. Czekamy, aż się roztopi i wlewamy olej. Wrzucamy kukurydzę. Dokładnie mieszamy i pozostawiamy na średnim ogniu. Jeśli nie chcemy być zaatakowani przez latające ziarna, natychmiast musimy przykryć garnek pokrywką. Co jakiś czas lekko potrząsamy go, aby kukurydza nie przywarła do dna. Popcorn nagle zacznie strzelać, a gdy całkowicie przestanie od razu przekładamy do miski.

Sos: 
Krówki dzielimy na mniejsze części i dodajemy je do garnczka z mlekiem. Gotujemy na wolnym ogniu, aż powstanie gęsty, jedwabisty sos. Co jakiś czas mieszamy !
Do powstałej masy dorzucamy wystudzony popcorn, który mieszamy i przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Czekamy do wystygnięcia i przekładamy do miski. 

Jeśli chcemy wytrawny popcorn- go garnka z gotowym, ciepłym popcornem dorzucamy sól i całość mieszamy.


środa, 1 października 2014

Sernik ze śliwką w czekoladzie !


Chciałoby się powiedzieć, że mimozami jesień się zaczyna, ale tym razem, jak zresztą co roku, jesień zaczęła się gorączką i natarczywym, nie dającym oddychać katarem. Z żalem w oczach patrzę na ostatnie ciepłe promyki słońca za oknem i pod kołdrą z gorącą czekoladą wspominam słodycz mojego ostatniego sernika. Spodem ciasta były roztopione śliwki w czekoladzie, a górą zmielony twaróg połączony z mascarpone. Według mnie to jeden z najlepszych serników jakie jadłam. Ma w sobie szlachetny smak, jaki każdy sernik mieć powinien, jednakże nie jest nadmiernie ciężki, przez co nie miałam problemów ze zjedzeniem kilku kawałków na raz !


Sernik ze spodem "śliwka w czekoladzie" (inspirowane internetem)

Spód:
- 200g śliwek z czekoladzie (ja od dziecka jem tylko Nałęczowskie, bo kojarzą mi się z dzieciństwem)
- 100g masła
- 100g mąki
- 1 jajko
Masa serowa:
- 250g sera mascarpone
- 600g zmielonego twarogu (może być gotowy)
- 250g cukru pudru
- 4 jajka
- ziarenka z jednej laski wanilii (może być także łyżeczka sproszkowanej czystej wanilii- do kupienia w sklepach i na stoiskach z przyprawami)
Polewa i dekoracja:
- 1/2 tabliczki czekolady (mlecznej, gorzkiej lub białej)
- 2 łyżki kremówki (najlepiej płynnej np.Zott 30 %)
- migdałowe płatki lub świeże figi 



Do garnuszka wkładamy śliwki w czekoladzie wraz z (podzielonym na kilka części) masłem. Podgrzewamy na małym ogniu (tego etapu nie należy przyspieszać, gdyż masło z czekoladą się zetną i nie uzyskamy oczekiwanego efektu). Kiedy czekolada z masłem już całkowicie się rozpuści, zdejmujemy z ognia i studzimy. Następnie masę dokładnie miksujemy, aby śliwki się rozpadły i aby powstało gładkie puree. Dodajemy mąkę, jajko i dokładnie mieszamy, aż składniki się ze sobą połączą. Tortownicę ( o średnicy ok.23cm) wykładamy papierem do pieczenia i wlewamy masę. Pieczemy ok. 15min w 190 stopniach, aż spód będzie suchy. Studzimy, a temperaturę piekarnika zmniejszam do 170C. Wlewamy masę serową i  pieczemy ok.50-60min, aż wierzch będzie zarumieniony. Wyłączamy piekarnik i zostawiamy jeszcze ciasto w środku przy uchylonych drzwiczkach, aż wystygnie.
Polewa:
W kąpieli wodnej (na najmniejszym ogniu, w metalowej misce) rozpuszczamy czekoladę, następnie dodajemy śmietanę i dokładnie mieszamy. Płynną masę przelewamy na wierzch wystudzonego sernika i równomiernie rozprowadzamy. 
Jak to z sernikami bywa, dla mnie najlepszy na drugi dzień  :)




czwartek, 25 września 2014

Filmowa Restauracja



Signor Fly ostatnio wyznał mi, że uwielbia wszystkie korzyści płynące z faktu, że prowadzę własnego bloga. Krótko mówiąc ja odwalam "czarną robotę", a on zgarnia ze mną wszystkie przyjemności. Niewątpliwie jedną z nich jest odkrywanie miejsc, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Niektóre z nich nie znajdują się na liście najlepszych restauracji w Warszawie, choć często powinny wskoczyć na ich miejsce. Niektóre z nich są schowane w błękitnych wieżowcach, przez co trudno jest trafić na nie "z ulicy".



RESTAURACJA FILMOWA
Takim miejscem jest "Restauracja Filmowa", znajdująca się w budynku Warsaw Tower przy ulicy Siennej 39. Jej nazwa nie jest bez znaczenia, gdyż głównym elementem wystroju są tu czarno białe portrety największych osobistości polskiego i zagranicznego kina oraz kolorowe plakaty kultowych filmów jak Pulp Fiction, Śniadanie u Tiffany'ego czy Killer. Podobno matką chrzestną tego miejsca jest Krystyna Janda, która rekomenduje je innym wybitnym aktorom. Stąd też na większości portretów widnieje własnoręczny autograf i podziękowania dla właścicielki.

DANIA

Restauracja specjalizuje się w kuchni polskiej. W menu znajdziemy propozycje dla każdego. Dla pierwszych gości (lokal otwarty jest już od 8:30) czekają przeróżne rodzaje jajecznicy, omletów czy ciabatt podawanych na ciepło.
Na późniejszą porę, menu oferuje typowo polskie zimne i ciepłe przystawki. Znajdziemy między innymi tatar z wołowiny, domowy pasztet z "pijaną" śliwką, pierogi czy żołądki z leśnymi grzybami. Równie ciekawy jest wybór sałat ułożonych na dużym talerzu. Nieco głodniejszych gości zainteresują tradycyjne polskie zupy, jak tradycyjny rosół, żurek czy barszcz z uszkami lub pasztecikami, a na drugie wiele rodzajów mięsa lub ryb podanych w towarzystwie różnych dodatków jak np. kaczka pieczone w miodzie z jabłkami w sosie pomarańczowym, czy łosoś pieczony z masłem anchois lub sardelowym.


CO JEDLIŚMY
Signor Fly, jako miłośnik klasyki, na początek zamówił rosół z uszkami, który przypominał prawdziwy babciny rosół. Skrycie doszukiwałam się śladów sugerujących użycie zakazanych kostek, ale nic z tego. Nawet ja (ta która nie cierpi rosołu i uważa, że to zwykła "tłusta woda") podkradłam kilka łyżek z miseczki Signora.
Na drugie zjadłam pyszne eskalopki cielęce w sosie z leśnych kurek podane na szpinaku i chrupiących, opiekanych ziemniakach. Bardzo delikatne mięso na śmietanowych grzybach i czosnkowym szpinaku było równie dobrym pomysłem co wybór Signora Fly'a, czyli delikatna sztuka mięsa w sosie chrzanowym z warzywami.
Niestety na deser już nie mieliśmy miejsca, ale na pewno wrócimy na sernik z musem malinowym,gorącą szarlotkę z musem waniliowym czy tort bezowy z owocami i sosem toffi !

PODSUMOWUJĄC
Restauracja Filmowa, choć ukryta w szklanym wieżowcu, w środku jest niezwykle klimatyczna i ciepła. Liczne portrety na ścianach lokalu tworzą niepowtarzalną, aktorską atmosferę, a dania łączą ze sobą nowoczesność i typowo tradycyjne polskie smaki.Jedyne co zmieniłabym, to tematykę menu, aby bardziej wiązała się z filmem, o którym świadczy nazwa lokalu.
Uwaga, restauracja w weekendy jest NIECZYNNA, o czym nie jest napisane niestety ani na stronie ani na wejściu. Niewątpliwie jest to utrudnienie dla tych, którzy chcą wybrać się na weekendowy obiad, bądź kolację. W tygodniu lokal otwarty jest do 21.
Przyjdźcie i sprawdźcie sami :)

Poczytajcie recenzje innych restauracji, które niedawno odwiedziłam : L'ARC i BISTRO Warszawa


piątek, 12 września 2014

Knedle ze śliwkami i wszystko co z nimi związane


Głęboki fiolet węgierek przywołał u mnie wspomnienia obiadów u dziadków. 
Na początku zrywało się dojrzałe owoce z drzewa na działce dziadka i z dumną  przynosiło w wiklinowym koszyku babci krzątającej się w kuchni. Istniało kilka wariantów na ich przerobienie (oczywiście jeśli nie zostały od razu zjedzone po przyniesieniu do domu). Często zasypywało się je słodką kruszonką i wyjadało z formy jeszcze gorące. Niekiedy też układało się je na drożdżowym placku. Były to jednak modyfikacje każdemu znane i choć pyszne, nie wzbudzały takich kontrowersji co inny przysmak przywieziony przez dziadków z ich rodzinnego miasta (Łodzi). Były nim knedle ze śliwkami podane na słodko-słonej młodej kapuście. Wszystko to okraszone masłem z bułką tartą z cynamonem i cukrem. To dziwne połączenie z czasem już nikogo z nas nie dziwiło. Wyjątkiem byli nowi członkowie rodziny, przychodzący na pierwszy obiad. Ich mina, początkowo pełna konsternacji i przerażenia, wkrótce po spróbowaniu tego dziwnego połączenia zmieniała się na uśmiech pełen radości i ulgi. I tak knedle ze śliwkami z kapustą gościły u nas kilka razy w sezonie. Dziś, po wielu latach sama dojrzałam do ulepienia własnych kulek ze słodkim środkiem. Tym razem jednak odpuściłam sobie gotowanie kapusty. Jednak polewa z bułki tartej,cukru i cynamonu była obowiązkowa !

P.S
Jeśli w ostatni piątek nie oglądaliście mnie w DD TVN, zapraszam do obejrzenia powtórki na:
http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/na-sniadanie-omlet-z-platkami,141336.html

Tym razem gotowałam dania w ramach akcji "Zboże smakuje i inspiruje":
- omlety z płatkami kukurydzianymi
- kasza gryczana z suszonymi pomidorami i fetą
- ziołowy makaron z grzybami
- puszyste ciasto ze śliwkami 


Knedle ze śliwkami 
Na knedle:
- 700g ugotowanch i obranych ziemniaków
- 200g mąki pszennej + do posypania
- 50g mąki ziemniaczanej
- niecały kilogram śliwek węgierek (jędrnych i słodkich)
- 2 jajka
- 1/2 szklanki brązowego cukru (może być także zwykły)
- 1 łyżka cynamonu (można więcej-według uznania)

Do polania: (na oko)
- 3 łyżki masła
- ok. 2 łyżki bułki tartej
-ok. 2 łyżki cukru
- 1 łyżka cynamonu

Śliwki myjemy, suszymy na ręczniku i delikatnie przecinamy, aby usunąć pestki (ja ich nie przekrawam do końca). Cynamon wraz z cukrem łączymy w miseczce na później.
Ugotowane i jeszcze ciepłe ziemniaki przepuszczamy przez maszynkę (jeśli nie mamy praski użyjmy miksera lub blendera). Masę ziemniaczaną łączymy z dwoma rodzajami mąki i wbijamy do środka jajka. Wyrabiamy ciasto- ważne, aby nie przyklejało się do rąk i było zwarte. Dzielimy na kilka części i formujemy z nich wałki. Tniemy na małe kawałki, rozpłaszczamy na placek i na środek układamy po jednej śliwce, do której wsypujemy po łyżeczce mieszanki cukrowo-cynamonowej. Ciasto zawijamy dokładnie wokół owocu i formujemy kulkę. UWAGA: Nadmiar ciasta należy usunąć i wykorzystać do następnej śliwki.Knedle gotujemy w osolonej wodzie jeszcze ok.3-4 minut po wypłynięciu. Najlepiej sprawdzić po 3 minutach, czy kluski są już gotowe.
 W między czasie masło rozpuszczamy w małym garnku. Kiedy będzie płynne dodajemy bułkę, cukier i cynamon. Energicznie mieszamy i odstawiamy z ognia. Ciepłym sosem polewamy ugotowane knedle.
Podajemy od razu.

środa, 27 sierpnia 2014

Fotografia kulinarna dla blogerów i słodkie babeczki


  Zniknęłam. Na Mazurach bez zmian. Wciąż tak samo pięknie. Trochę więcej kolorowych restauracji i coraz mniej ryb w jeziorach. Trochę mniej gorącego słońca, za to bezmiar bocianów podkreślających uroki złocistych pól.
Beztroski czas wakacji przerwał chłód ulic Warszawy.
Wróciłam do starych garnków i do mojej biblioteki wypełnionej po brzegi nieprzeczytanymi książkami. Jedną z nich wzięłam na wakacje i zamknąwszy ostatnią stronę postanowiłam napisać skromną recenzję.



"Fotografia Kulinarna dla blogerów" to niebywałe kompendium wiedzy na temat podstaw fotografii. Nazwałabym go obowiązkowym podręcznikiem dla tych, którzy założyli kulinarnego bloga, biorą do ręki aparat i nie bardzo wiedzą co dalej.
Autor Matt Armendariz w niesamowicie bezpośredni i chwytliwy sposób przekazuje pożyteczne wskazówki, które w większości wynikają z jego własnego doświadczenia. Co ważne, udowadnia czytelnikom, że do zrobienia dobrych zdjęć nie potrzeba drogiego sprzętu. Najbardziej liczy się dobry pomysł i wykorzystanie domowych, najłatwiejszych sposobów. Pisarz przekazuje nam także swoją technikę na robienie zdjęć w restauracjach. Wystarczy mała latarka, ping-pongowa piłeczka i skrawek materiału, służący za modyfikator światła. Dzięki tym kilku przyborom, podświetlimy talerz i unikniemy włączania flesza, który może zdenerwować osoby w bliskim otoczeniu. Każdy rozdział to odpowiedź na nurtujące nas (blogerów) pytania. Przede wszystkim jaki aparat, jaki obiektyw, co oznaczają poszczególne tryby fotografowania, jak apetycznie sfotografować zupę, jaka perspektywa do jakiego dania i wiele innych.  Co ważne, niemalże przy każdym zdjęciu autor obrazuje w jaki sposób je zrobił, jaki był czas naświetlania, jaka przysłona, czy gdzie ustawiono potrawę w stosunku do okna, sztucznego światła lub innego obiektu.
  Chcąc być w pełni obiektywną, muszę jednakże opisać także te mniej pozytywne strony książki. Otóż... pisząc o niej jako o kompendium wiedzy miałam na myśli  podstawową wiedzę, którą bloger prędzej czy później sam zdobywa. Osobiście do większości  podanych informacji i wskazówek doszłam sama dawno temu. Raczej stało się to za sprawą prób i błędów i natrętnego szukania inspiracji w internecie i gazetach,  więc jeśli chcecie tego uniknąć ta książka jest świetnym zbiorem wszystkich tych niezbędnych informacji. Jestem jednak zmuszona odradzić ją osobom wgłębionym w temat robienia zdjęć kulinarnych. Jeśli posługujecie się głównie trybem manualnym, korzystacie z formatu RAW, znacie znaczenie odbicia światła na potrawę, Photoshop czy Lightroom nie jest Wam obcy, korzystacie z przeróżnych rekwizytów, a na samą myśl o użyciu flesza ciarki przechodzą Wasze serce....  dokładnie przejrzyjcie tę książkę przed jej kupnem. Prawdopodobnie nie odkryjecie w niej nic rewolucyjnego, a jedynie utrwalicie swoją wiedzę.

Reasumując, " Fotografię kulinarną dla blogerów" polecam osobom zaczynającym swoją przygodę z blogowaniem i robieniem zdjęć potraw. Będzie ona także niezastąpiona dla tych, którzy pragną pogłębić swoją wiedzę w temacie technik oświetlenia dania, czy stylizacji stołu.
 Pomimo wielu ciekawych informacji, nie polecam jej jednak osobom zaawansowanym w temacie fotografowania jedzenia, gdyż przedstawione informacje mogą okazać się zbyt oczywiste.


Tytuł: "Fotografia kulinarna dla blogerów"
Autor: Matt Armendariz
Wydawnictwo: Helion
Rok wydania: 2014



Babeczki z kremem czekoladowo-kajmakowym i ostatnimi sezonowymi malinami !

Kruche ciasto:
- 250g mąki
- 125g masła
- 50g cukru pudru
- 1 jajko

Łączymy powyższe składniki i wyrabiamy z nich kulę. Owijamy folią i wkładamy do lodówki na min.30min. Po tym czasie układamy na (wcześniej natłuszczone i obsypane bułką tartą) małe foremki lub jedną dużą formę do tarty i pieczemy w 180 C przez ok.20min, aż uzyskają złocisty kolor.

Krem czekoladowo-kajmakowy (z przepisu Magdy Gessler)
- szklanka śmietanki 36 %
- 4 łyżki cukru
- tabliczka gorzkiej czekolady ( ja użyłam 1,5 tabliczki, aby było bardziej czekoladowo)

Śmietanę gotować  z cukrem, aż uzyskamy gęstą konsystencję kajmaku. Osobno w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę, którą dodajemy do powstałej masy. Dokładnie ją łączymy i wylewamy na ostudzone kruche ciasto. Na wierzch układamy do malinie lub innym owocu.


piątek, 1 sierpnia 2014

Makaron z AWOKADO


Stęskniona za mazurskimi jeziorami i pozłacanymi łąkami pakuję moją dużą różową walizkę.
Dwa tygodnie leżenia na kolorowej trawie, patrzenia w świecące promyki słońca i objadania się świeżo złowionymi rybami !

Zanim wyjadę, pokażę Wam przepis na mój ulubiony makaron z awokado. Pomysł na niego powstał przypadkiem, kiedy listonosz w paczuszce przyniósł mi butelkę oleju z awokado prosto z Nowej Zelandii (wgłębiając się w szczegóły: z Zatoki Obfitości na zielonej Północnej Wyspie Nowej Zelandii). Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji nigdy spróbować tego rodzaju oleju, podpowiem że jest on tłoczony na zimno i nierafinowany. Co ważne, nadaje się on jak żaden inny do smażenia, pieczenia i grillowania, gdyż posiada najwyższą temperaturę rozkładu ze wszystkich tłuszczów świata. Ponad to, potrawy wchłaniają mniej oleju z awokado, niż z innych olejów!


Składniki:
-  pół paczki makaronu (dowolnego rodzaju)
- miękkie awokado (lecz nie za bardo dojrzałe, gdyż będzie ciemne)
- 1/3 słoiczka suszonych pomidorów 
- po dużej garści posiekanej świeżej bazylii oraz pietruszki 
- sól
- świeżo zmielony pieprz
- ok.1/3 szklanki oleju z awokado (polecam marki GreenCado)
- 2 ząbki czosnku
- ulubione zioła (np. prowansalskie)

Czosnek obieramy i ścieramy na tarce lub wyciskamy. Suszone pomidory oraz zioła drobno siekamy.
Awokado kroimy na pół, wyjmujemy pestkę i delikatnie zdejmujemy skórę (Uwaga: jeśli nie wykorzystujemy całego awokado-zostawiamy pestkę oraz skórę, przykrywamy niewykorzystany owoc i wkładamy do lodówki. Dzięki temu nie swjczernieje).
Do garnuszka wlewamy olej i podgrzewamy go na małym ogniu. Dodajemy czosnek i cały czas mieszamy, aby nie zbrązowiał. Po chwili dorzucamy pokrojone suszone pomidory, zioła oraz sól i pieprz. Przyprawiamy ziołami do smaku.
Makaron gotujemy w lekko osolonej wodzie na "al dente". Odcedzamy, przelewamy zimną wodą i wkładamy do garnuszka z olejem. Całość dokładnie mieszamy i przekładamy na talerze.
Pokrapiamy olejem i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem.





Do makaronu użyłam tego oleju z awokado (Greencado):

Zobacz inne przepisy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...