środa, 1 października 2014

Sernik ze śliwką w czekoladzie !


Chciałoby się powiedzieć, że mimozami jesień się zaczyna, ale tym razem, jak zresztą co roku, jesień zaczęła się gorączką i natarczywym, nie dającym oddychać katarem. Z żalem w oczach patrzę na ostatnie ciepłe promyki słońca za oknem i pod kołdrą z gorącą czekoladą wspominam słodycz mojego ostatniego sernika. Spodem ciasta były roztopione śliwki w czekoladzie, a górą zmielony twaróg połączony z mascarpone. Według mnie to jeden z najlepszych serników jakie jadłam. Ma w sobie szlachetny smak, jaki każdy sernik mieć powinien, jednakże nie jest nadmiernie ciężki, przez co nie miałam problemów ze zjedzeniem kilku kawałków na raz !


Sernik ze spodem "śliwka w czekoladzie" (inspirowane internetem)

Spód:
- 200g śliwek z czekoladzie (ja od dziecka jem tylko Nałęczowskie, bo kojarzą mi się z dzieciństwem)
- 100g masła
- 100g mąki
- 1 jajko
Masa serowa:
- 250g sera mascarpone
- 600g zmielonego twarogu (może być gotowy)
- 250g cukru pudru
- 4 jajka
- ziarenka z jednej laski wanilii (może być także łyżeczka sproszkowanej czystej wanilii- do kupienia w sklepach i na stoiskach z przyprawami)
Polewa i dekoracja:
- 1/2 tabliczki czekolady (mlecznej, gorzkiej lub białej)
- 2 łyżki kremówki (najlepiej płynnej np.Zott 30 %)
- migdałowe płatki lub świeże figi 



Do garnuszka wkładamy śliwki w czekoladzie wraz z (podzielonym na kilka części) masłem. Podgrzewamy na małym ogniu (tego etapu nie należy przyspieszać, gdyż masło z czekoladą się zetną i nie uzyskamy oczekiwanego efektu). Kiedy czekolada z masłem już całkowicie się rozpuści, zdejmujemy z ognia i studzimy. Następnie masę dokładnie miksujemy, aby śliwki się rozpadły i aby powstało gładkie puree. Dodajemy mąkę, jajko i dokładnie mieszamy, aż składniki się ze sobą połączą. Tortownicę ( o średnicy ok.23cm) wykładamy papierem do pieczenia i wlewamy masę. Pieczemy ok. 15min w 190 stopniach, aż spód będzie suchy. Studzimy, a temperaturę piekarnika zmniejszam do 170C. Pieczemy ok.50-60min, aż wierzch będzie zarumieniony. Wyłączamy piekarnik i zostawiamy jeszcze ciasto w środku przy uchylonych drzwiczkach, aż wystygnie.
Polewa:
W kąpieli wodnej (na najmniejszym ogniu, w metalowej misce) rozpuszczamy czekoladę, następnie dodajemy śmietanę i dokładnie mieszamy. Płynną masę przelewamy na wierzch wystudzonego sernika i równomiernie rozprowadzamy. 
Jak to z sernikami bywa, dla mnie najlepszy na drugi dzień  :)




czwartek, 25 września 2014

Filmowa Restauracja



Signor Fly ostatnio wyznał mi, że uwielbia wszystkie korzyści płynące z faktu, że prowadzę własnego bloga. Krótko mówiąc ja odwalam "czarną robotę", a on zgarnia ze mną wszystkie przyjemności. Niewątpliwie jedną z nich jest odkrywanie miejsc, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Niektóre z nich nie znajdują się na liście najlepszych restauracji w Warszawie, choć często powinny wskoczyć na ich miejsce. Niektóre z nich są schowane w błękitnych wieżowcach, przez co trudno jest trafić na nie "z ulicy".



RESTAURACJA FILMOWA
Takim miejscem jest "Restauracja Filmowa", znajdująca się w budynku Warsaw Tower przy ulicy Siennej 39. Jej nazwa nie jest bez znaczenia, gdyż głównym elementem wystroju są tu czarno białe portrety największych osobistości polskiego i zagranicznego kina oraz kolorowe plakaty kultowych filmów jak Pulp Fiction, Śniadanie u Tiffany'ego czy Killer. Podobno matką chrzestną tego miejsca jest Krystyna Janda, która rekomenduje je innym wybitnym aktorom. Stąd też na większości portretów widnieje własnoręczny autograf i podziękowania dla właścicielki.

DANIA

Restauracja specjalizuje się w kuchni polskiej. W menu znajdziemy propozycje dla każdego. Dla pierwszych gości (lokal otwarty jest już od 8:30) czekają przeróżne rodzaje jajecznicy, omletów czy ciabatt podawanych na ciepło.
Na późniejszą porę, menu oferuje typowo polskie zimne i ciepłe przystawki. Znajdziemy między innymi tatar z wołowiny, domowy pasztet z "pijaną" śliwką, pierogi czy żołądki z leśnymi grzybami. Równie ciekawy jest wybór sałat ułożonych na dużym talerzu. Nieco głodniejszych gości zainteresują tradycyjne polskie zupy, jak tradycyjny rosół, żurek czy barszcz z uszkami lub pasztecikami, a na drugie wiele rodzajów mięsa lub ryb podanych w towarzystwie różnych dodatków jak np. kaczka pieczone w miodzie z jabłkami w sosie pomarańczowym, czy łosoś pieczony z masłem anchois lub sardelowym.


CO JEDLIŚMY
Signor Fly, jako miłośnik klasyki, na początek zamówił rosół z uszkami, który przypominał prawdziwy babciny rosół. Skrycie doszukiwałam się śladów sugerujących użycie zakazanych kostek, ale nic z tego. Nawet ja (ta która nie cierpi rosołu i uważa, że to zwykła "tłusta woda") podkradłam kilka łyżek z miseczki Signora.
Na drugie zjadłam pyszne eskalopki cielęce w sosie z leśnych kurek podane na szpinaku i chrupiących, opiekanych ziemniakach. Bardzo delikatne mięso na śmietanowych grzybach i czosnkowym szpinaku było równie dobrym pomysłem co wybór Signora Fly'a, czyli delikatna sztuka mięsa w sosie chrzanowym z warzywami.
Niestety na deser już nie mieliśmy miejsca, ale na pewno wrócimy na sernik z musem malinowym,gorącą szarlotkę z musem waniliowym czy tort bezowy z owocami i sosem toffi !

PODSUMOWUJĄC
Restauracja Filmowa, choć ukryta w szklanym wieżowcu, w środku jest niezwykle klimatyczna i ciepła. Liczne portrety na ścianach lokalu tworzą niepowtarzalną, aktorską atmosferę, a dania łączą ze sobą nowoczesność i typowo tradycyjne polskie smaki.Jedyne co zmieniłabym, to tematykę menu, aby bardziej wiązała się z filmem, o którym świadczy nazwa lokalu.
Uwaga, restauracja w weekendy jest NIECZYNNA, o czym nie jest napisane niestety ani na stronie ani na wejściu. Niewątpliwie jest to utrudnienie dla tych, którzy chcą wybrać się na weekendowy obiad, bądź kolację. W tygodniu lokal otwarty jest do 21.
Przyjdźcie i sprawdźcie sami :)

Poczytajcie recenzje innych restauracji, które niedawno odwiedziłam : L'ARC i BISTRO Warszawa


piątek, 12 września 2014

Knedle ze śliwkami i wszystko co z nimi związane


Głęboki fiolet węgierek przywołał u mnie wspomnienia obiadów u dziadków. 
Na początku zrywało się dojrzałe owoce z drzewa na działce dziadka i z dumną  przynosiło w wiklinowym koszyku babci krzątającej się w kuchni. Istniało kilka wariantów na ich przerobienie (oczywiście jeśli nie zostały od razu zjedzone po przyniesieniu do domu). Często zasypywało się je słodką kruszonką i wyjadało z formy jeszcze gorące. Niekiedy też układało się je na drożdżowym placku. Były to jednak modyfikacje każdemu znane i choć pyszne, nie wzbudzały takich kontrowersji co inny przysmak przywieziony przez dziadków z ich rodzinnego miasta (Łodzi). Były nim knedle ze śliwkami podane na słodko-słonej młodej kapuście. Wszystko to okraszone masłem z bułką tartą z cynamonem i cukrem. To dziwne połączenie z czasem już nikogo z nas nie dziwiło. Wyjątkiem byli nowi członkowie rodziny, przychodzący na pierwszy obiad. Ich mina, początkowo pełna konsternacji i przerażenia, wkrótce po spróbowaniu tego dziwnego połączenia zmieniała się na uśmiech pełen radości i ulgi. I tak knedle ze śliwkami z kapustą gościły u nas kilka razy w sezonie. Dziś, po wielu latach sama dojrzałam do ulepienia własnych kulek ze słodkim środkiem. Tym razem jednak odpuściłam sobie gotowanie kapusty. Jednak polewa z bułki tartej,cukru i cynamonu była obowiązkowa !

P.S
Jeśli w ostatni piątek nie oglądaliście mnie w DD TVN, zapraszam do obejrzenia powtórki na:
http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/na-sniadanie-omlet-z-platkami,141336.html

Tym razem gotowałam dania w ramach akcji "Zboże smakuje i inspiruje":
- omlety z płatkami kukurydzianymi
- kasza gryczana z suszonymi pomidorami i fetą
- ziołowy makaron z grzybami
- puszyste ciasto ze śliwkami 


Knedle ze śliwkami 
Na knedle:
- 700g ugotowanch i obranych ziemniaków
- 200g mąki pszennej + do posypania
- 50g mąki ziemniaczanej
- niecały kilogram śliwek węgierek (jędrnych i słodkich)
- 2 jajka
- 1/2 szklanki brązowego cukru (może być także zwykły)
- 1 łyżka cynamonu (można więcej-według uznania)

Do polania: (na oko)
- 3 łyżki masła
- ok. 2 łyżki bułki tartej
-ok. 2 łyżki cukru

- 1 łyżka cynamonu

Śliwki myjemy, suszymy na ręczniku i delikatnie przecinamy, aby usunąć pestki (ja ich nie przekrawam do końca). Cynamon wraz z cukrem łączymy w miseczce na później.
Ugotowane i jeszcze ciepłe ziemniaki przepuszczamy przez maszynkę (jeśli nie mamy praski użyjmy miksera lub blendera). Masę ziemniaczaną łączymy z dwoma rodzajami mąki i wbijamy do środka jajka. Wyrabiamy ciasto- ważne, aby nie przyklejało się do rąk i było zwarte. Dzielimy na kilka części i formujemy z nich wałki. Tniemy na małe kawałki, rozpłaszczamy na placek i na środek układamy po jednej śliwce, do której wsypujemy po łyżeczce mieszanki cukrowo-cynamonowej. Ciasto zawijamy dokładnie wokół owocu i formujemy kulkę. UWAGA: Nadmiar ciasta należy usunąć i wykorzystać do następnej śliwki.Knedle gotujemy w osolonej wodzie jeszcze ok.3-4 minut po wypłynięciu. Najlepiej sprawdzić po 3 minutach, czy kluski są już gotowe.
 W między czasie masło rozpuszczamy w małym garnku. Kiedy będzie płynne dodajemy bułkę, cukier i cynamon. Energicznie mieszamy i odstawiamy z ognia. Ciepłym sosem polewamy ugotowane knedle.
Podajemy od razu.

środa, 27 sierpnia 2014

Fotografia kulinarna dla blogerów i słodkie babeczki


  Zniknęłam. Na Mazurach bez zmian. Wciąż tak samo pięknie. Trochę więcej kolorowych restauracji i coraz mniej ryb w jeziorach. Trochę mniej gorącego słońca, za to bezmiar bocianów podkreślających uroki złocistych pól.
Beztroski czas wakacji przerwał chłód ulic Warszawy.
Wróciłam do starych garnków i do mojej biblioteki wypełnionej po brzegi nieprzeczytanymi książkami. Jedną z nich wzięłam na wakacje i zamknąwszy ostatnią stronę postanowiłam napisać skromną recenzję.



"Fotografia Kulinarna dla blogerów" to niebywałe kompendium wiedzy na temat podstaw fotografii. Nazwałabym go obowiązkowym podręcznikiem dla tych, którzy założyli kulinarnego bloga, biorą do ręki aparat i nie bardzo wiedzą co dalej.
Autor Matt Armendariz w niesamowicie bezpośredni i chwytliwy sposób przekazuje pożyteczne wskazówki, które w większości wynikają z jego własnego doświadczenia. Co ważne, udowadnia czytelnikom, że do zrobienia dobrych zdjęć nie potrzeba drogiego sprzętu. Najbardziej liczy się dobry pomysł i wykorzystanie domowych, najłatwiejszych sposobów. Pisarz przekazuje nam także swoją technikę na robienie zdjęć w restauracjach. Wystarczy mała latarka, ping-pongowa piłeczka i skrawek materiału, służący za modyfikator światła. Dzięki tym kilku przyborom, podświetlimy talerz i unikniemy włączania flesza, który może zdenerwować osoby w bliskim otoczeniu. Każdy rozdział to odpowiedź na nurtujące nas (blogerów) pytania. Przede wszystkim jaki aparat, jaki obiektyw, co oznaczają poszczególne tryby fotografowania, jak apetycznie sfotografować zupę, jaka perspektywa do jakiego dania i wiele innych.  Co ważne, niemalże przy każdym zdjęciu autor obrazuje w jaki sposób je zrobił, jaki był czas naświetlania, jaka przysłona, czy gdzie ustawiono potrawę w stosunku do okna, sztucznego światła lub innego obiektu.
  Chcąc być w pełni obiektywną, muszę jednakże opisać także te mniej pozytywne strony książki. Otóż... pisząc o niej jako o kompendium wiedzy miałam na myśli  podstawową wiedzę, którą bloger prędzej czy później sam zdobywa. Osobiście do większości  podanych informacji i wskazówek doszłam sama dawno temu. Raczej stało się to za sprawą prób i błędów i natrętnego szukania inspiracji w internecie i gazetach,  więc jeśli chcecie tego uniknąć ta książka jest świetnym zbiorem wszystkich tych niezbędnych informacji. Jestem jednak zmuszona odradzić ją osobom wgłębionym w temat robienia zdjęć kulinarnych. Jeśli posługujecie się głównie trybem manualnym, korzystacie z formatu RAW, znacie znaczenie odbicia światła na potrawę, Photoshop czy Lightroom nie jest Wam obcy, korzystacie z przeróżnych rekwizytów, a na samą myśl o użyciu flesza ciarki przechodzą Wasze serce....  dokładnie przejrzyjcie tę książkę przed jej kupnem. Prawdopodobnie nie odkryjecie w niej nic rewolucyjnego, a jedynie utrwalicie swoją wiedzę.

Reasumując, " Fotografię kulinarną dla blogerów" polecam osobom zaczynającym swoją przygodę z blogowaniem i robieniem zdjęć potraw. Będzie ona także niezastąpiona dla tych, którzy pragną pogłębić swoją wiedzę w temacie technik oświetlenia dania, czy stylizacji stołu.
 Pomimo wielu ciekawych informacji, nie polecam jej jednak osobom zaawansowanym w temacie fotografowania jedzenia, gdyż przedstawione informacje mogą okazać się zbyt oczywiste.


Tytuł: "Fotografia kulinarna dla blogerów"
Autor: Matt Armendariz
Wydawnictwo: Helion
Rok wydania: 2014



Babeczki z kremem czekoladowo-kajmakowym i ostatnimi sezonowymi malinami !

Kruche ciasto:
- 250g mąki
- 125g masła
- 50g cukru pudru
- 1 jajko

Łączymy powyższe składniki i wyrabiamy z nich kulę. Owijamy folią i wkładamy do lodówki na min.30min. Po tym czasie układamy na (wcześniej natłuszczone i obsypane bułką tartą) małe foremki lub jedną dużą formę do tarty i pieczemy w 180 C przez ok.20min, aż uzyskają złocisty kolor.

Krem czekoladowo-kajmakowy (z przepisu Magdy Gessler)
- szklanka śmietanki 36 %
- 4 łyżki cukru
- tabliczka gorzkiej czekolady ( ja użyłam 1,5 tabliczki, aby było bardziej czekoladowo)

Śmietanę gotować  z cukrem, aż uzyskamy gęstą konsystencję kajmaku. Osobno w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę, którą dodajemy do powstałej masy. Dokładnie ją łączymy i wylewamy na ostudzone kruche ciasto. Na wierzch układamy do malinie lub innym owocu.


piątek, 1 sierpnia 2014

Makaron z AWOKADO


Stęskniona za mazurskimi jeziorami i pozłacanymi łąkami pakuję moją dużą różową walizkę.
Dwa tygodnie leżenia na kolorowej trawie, patrzenia w świecące promyki słońca i objadania się świeżo złowionymi rybami !

Zanim wyjadę, pokażę Wam przepis na mój ulubiony makaron z awokado. Pomysł na niego powstał przypadkiem, kiedy listonosz w paczuszce przyniósł mi butelkę oleju z awokado prosto z Nowej Zelandii (wgłębiając się w szczegóły: z Zatoki Obfitości na zielonej Północnej Wyspie Nowej Zelandii). Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji nigdy spróbować tego rodzaju oleju, podpowiem że jest on tłoczony na zimno i nierafinowany. Co ważne, nadaje się on jak żaden inny do smażenia, pieczenia i grillowania, gdyż posiada najwyższą temperaturę rozkładu ze wszystkich tłuszczów świata. Ponad to, potrawy wchłaniają mniej oleju z awokado, niż z innych olejów!


Składniki:
-  pół paczki makaronu (dowolnego rodzaju)
- miękkie awokado (lecz nie za bardo dojrzałe, gdyż będzie ciemne)
- 1/3 słoiczka suszonych pomidorów 
- po dużej garści posiekanej świeżej bazylii oraz pietruszki 
- sól
- świeżo zmielony pieprz
- ok.1/3 szklanki oleju z awokado (polecam marki GreenCado)
- 2 ząbki czosnku
- ulubione zioła (np. prowansalskie)

Czosnek obieramy i ścieramy na tarce lub wyciskamy. Suszone pomidory oraz zioła drobno siekamy.
Awokado kroimy na pół, wyjmujemy pestkę i delikatnie zdejmujemy skórę (Uwaga: jeśli nie wykorzystujemy całego awokado-zostawiamy pestkę oraz skórę, przykrywamy niewykorzystany owoc i wkładamy do lodówki. Dzięki temu nie swjczernieje).
Do garnuszka wlewamy olej i podgrzewamy go na małym ogniu. Dodajemy czosnek i cały czas mieszamy, aby nie zbrązowiał. Po chwili dorzucamy pokrojone suszone pomidory, zioła oraz sól i pieprz. Przyprawiamy ziołami do smaku.
Makaron gotujemy w lekko osolonej wodzie na "al dente". Odcedzamy, przelewamy zimną wodą i wkładamy do garnuszka z olejem. Całość dokładnie mieszamy i przekładamy na talerze.
Pokrapiamy olejem i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem.





Do makaronu użyłam tego oleju z awokado (Greencado):

niedziela, 27 lipca 2014

Czarne porzeczki w kremie zamknięte w słoiku


Przez ostatnie dwa miesiące przekonywałam Was, że warto wykorzystywać w swoich przepisach sezonowe owoce miękkie. Były truskawki w cieście, na placuszkach i w mleku. Nie zabrakło także malin w ciastkach, borówek w tiramisu, czy mocno czekoladowego ciasta z czerwonymi porzeczkami. Ostatnio na obiad podawałam leniwe, a dziś na deser proponuję coś całkowicie innego. Jedwabisty krem z czarnych porzeczek na bazie żółtek, z delikatnym aromatem Amaretto. Idealny dla miłośników Lemon Curd. Do ciastek, tart, czy .... do wyjadania łyżką ze słoika !

Jedzmy i przetwarzajmy, więc wszystkie sezonowe owoce, aby mieć zapełnione spiżarnie na jesień i zimę.
Sezon tak szybko odchodzi...

Ciasteczka imbirowe (z przepisu Mała Cukierenka)
Ciastka:
- 1 całe jajko + 1 żółtko
- 2 i 1/2 szklanki mąki
- 1 łyżeczka sody
- 1/2 łyżeczki soli 
- 12 łyżki masła
- 2 łyżeczki sproszkowanego imbiru oraz cynamonu
- 1/2 łyżeczki zmielonych goździków
- niecała 1 szklanka brązowego cukru
- 1/4 szklanki melasy (jeśli nie macie zastąpcie ją ciemnym miodem)
- 2 łyżeczki świeżo startego korzenia imbiru

Masło rozpuszczamy i zdejmujemy z palnika. Dodajemy do niego przyprawy i odstawiamy na chwilę, aby się nieco schłodziło. 
W oddzielnej misce łączymy przesianą mąkę i dosypujemy do niej sodę z solą. 
Do płynnego masła dolewamy melasę, cukier i starty imbir. Dodajemy jajko, żółtko i miksujemy. Kiedy cukier już nie będzie chrzęścił, wsypujemy mąkę i dokładnie mieszamy. Masę przykrywamy folią i wkładamy do lodówki na godzinę.
Nastawiamy piekarnik na 180 C. Z ciasta formujemy kulki, które na końcu spłaszczamy i układamy na papierze do pieczenia. pieczemy ok 15min, aż będą zarumienione. Wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy na kratce do przestygnięcia.


BlackCurrant Curd (przepis z Moje wWypieki lecz zamieniony rodzaj alkoholu)

-250g czarnej porzeczki
- 2 żółtka
- 2 jajka
- 50-70g cukru ( w zależności od kwaskowatości owoców)
- 80g masła 
- 2 łyżki Amaretto ( w oryginalnym przepisie jest podany likier Casis)

Porzeczki dokładnie szypułkujemy i myjemy. Wrzucamy do garnka, dodajemy cukier i doprowadzamy do wrzenia. Chwilę gotujemy  i zmniejszamy ogień, aby wszystkie owoce się rozpadły i puściły sok. Przecedzamy przez sito i dokładnie odciskamy sok ze skórek i pestek.  Studzimy, aby sos był chłodny i wlewamy go z powrotem do garnuszka. Dodajemy jajka oraz żółtka. Roztrzepujemy. Dorzucamy kawałki masła i alkohol. Podgrzewamy, aż do czasu, kiedy uzyskamy gęstą i gładką masę.
Przekładamy do zaparzonego słoika i trzymamy do tygodnia. Podajemy z ciastkami imbirowymi lub innymi słodkościami !





Wpis Sfinansowany z Funduszu Promocji Owoców i Warzyw


niedziela, 20 lipca 2014

Leniwe na leniwy obiad




Dziś leniwe. Leniwe to wspomnienie ciepłego obiadu u dziadków. Babcia obficie polewała je masłem z bułką tartą i dużą ilością cynamonu. Słodkie kluski na stół lądowały zazwyczaj w piątek, wtedy kiedy ku rozpaczy dziadka i mojej radości, obowiązywał zakaz jedzenia mięsa. Szczęście było jeszcze większe, kiedy w starej spiżarni znajdywało się zakurzone słoiki babci ze słodkimi konfiturami z kwaśnych czarnych porzeczek. Wtedy to dużą łyżką wyciągało się zawartość weka i nakładało na  talerz z gorącymi leniwymi.
  Kilka dni temu kupiłam słoik czarnych porzeczek. Podobno dzięki czarnym porzeczkom pozbywamy się toksyn z organizmu, wzmacniamy serce i obniżamy ciśnienie krwi. Kilka wieków temu odkryto również, że owoce czarnej porzeczki są skuteczne na uciążliwe biegunki, bóle gardła czy infekcje oddechowe.
Przegryzając kwaśne owoce wróciłam do lat beztroskiego dzieciństwa i wakacji na działce. No i obowiązkowo ulepiłam leniwe.


Leniwe z sosem z czarnych porzeczek 

Leniwe (przepis na ok.4-5 os)
- 500g twarogu
- 2 łyżki cukru waniliowego
- 1 łyżeczka cynamonu
- 150g mąki
-  szczypta soli + szczypta do osolenia wody
Syrop z czarnej porzeczki z amaretto
- 300g czarnej porzeczki
- ok.1/2 szklanki cukru ( można więcej- w zależności od kwaskowatości porzeczek)
- 1 łyżka amaretto * (opcjonalnie lub inny alkohol)
- 1 łyżka soku z cytryny
- 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej *(opcjonalnie- jeśli sos będzie za rzadki)
Dodatkowo:
- jogurt/śmietana/serek waniliowy
- listki mięty lub bazylii
- cukier puder

Sposób przygotowania:
Sos:
Czarne porzeczki odszypułkujemy i dokładnie myjemy. Wkładamy do garnka. Czekamy, aż owoce puszczą sok. Wsypujemy cukier i sok z cytryny, zagotowujemy i zmniejszamy ogień, aż sos będzie gęstszy. Dodajemy alkohol. Chwilę jeszcze gotujemy. Jeśli jest za rzadki, łączymy łyżkę sosu z mąką- dokładnie rozpuszczamy ją i dodajemy do reszty.
Sos przecieramy przez sito ( zostawiamy 3 łyżki do dekoracji) i podajemy na ciepło z kluskami.
Leniwe:
Ser dokładnie rozgniatamy widelcem (możemy też delikatnie blendować). Dodajemy pozostałe składniki i zagniatamy (masa musi być nieco klejąca). Ciasto dzielimy na kilka części. Blat delikatnie posypujemy mąką i formujemy wałki. Kroimy ukośnie kluski na ok.2cm.
Wrzucamy na osolony wrzątek i gotujemy do momentu wypłynięcia.

Podajemy z ciepłym sosem, jogurtem/śmietanką/serkiem i listkami.
Możemy także posypać cukrem pudrem.







Wpis Sfinansowany z Funduszu Promocji Owoców i Warzyw

sobota, 12 lipca 2014

Kilka słów o Tiramisu



Zdjęcia z Londynu wciąż leżą w nieodkrytym stosie zdjęć do obejrzenia. Obiecuję, że jak najszybciej opiszę Wam znajdujące się tam skarby, ale ten tydzień przypominał kręcącą się karuzelę, w której każdy dzień wirował coraz szybciej. Ostatnie dni spędziłam na pieczeniu, prowadzeniu śniadań kontynentalnych w dwóch wydawnictwach i organizowaniu rodzinnego spotkania. I choć wiele trudnych spraw i decyzji przede mną, dopiero dziś głęboko oddycham i zakładam na nos różowe okulary.
  Deszczowe dni słodzę pucharkami pełnych słodkiej masy i aromatycznie namoczonych kawałków biszkoptów. Powiadają, że deser ten powstał przez kompletny przypadek dopiero w latach 60tych, kiedy to pewna Włoszka karmiąca piersią codziennie od swojej teściowej dostawała podwieczorek składający się z żółtek ubitych z cukrem, filiżanki kawy oraz kilku biszkoptów. Według starszej kobiety deser ten miał spowodować, że młoda mama będzie miała więcej mleka i sił do zajmowania się dzieckiem .  Po pewnym czasie, kiedy młoda kobieta wróciła pełna energii do pracy, czyli rodzinnej restauracji, podzieliła się pomysłem na deser z kucharzem tamże pracującym. Do podstawowych składników dodali jeszcze ser mascarpone. Namoczone w mocnym espresso biszkopty przekładali z masą serowo-żółtkową, a wierzch posypali obficie gorzkim kakao.
Deser został nazwany Tiramesu od czasownika Tirarsi su, oznaczającego podnieść się psychicznie i fizycznie. Natomiast tirami sù oznacza "poderwij mnie".
Co ciekawe oryginalny przepis nie zawiera ani alkoholu, ani śmietany, ani wszelkich innych dodatków.

BORÓWKI amerykańskie najlepsze do tiramisu
Jestem zdania, że dodatek likieru amaretto i owoców jest idealny. Dodałam już kiedyś maliny (przepis na Tiramisu pod malinami), a teraz czas na borówki, które niekiedy są nazywane także błękitnym skarbem. Zawierają one bowiem ogromną ilość antyoksydantów i antocyjanów, ważnych między innymi w zapobieganiu i leczeniu raka. Ponadto dzięki zawartości błonnika i innych dietetycznych właściwości, są one traktowane jako owoce wspomagające odchudzanie, a duża zawartość witamin typu A,B,C i E odpowiada za cofanie! procesu starzenia i zapobiegania infekcjom. Łączmy, więc siły Tiramisu i borówek !


(nie do końca oryginalne) TIRAMISU z borówkami
(dla ok. 6 osób)

Składniki:
- ok.400-500g borówek
- 250g mascarpone
- 250ml kremówki
- 2 paczki biszkoptów (typu sarvoiaa
- filiżanka mocnego espresso (najlepiej zrobionej we włoskim ekspresie)
- 4 łyżki cukru
- 4 żółtka
- 4-5 łyżek likieru amaretto
- ciemne kakao do posypania* (opcjonalnie)

Żółtka ucieramy z cukrem na jednolity gęsty kogel mogel. Kiedy masa będzie gotowa, ostrożnie dodajemy mascarpone. Delikatnie miksujemy.
W oddzielnej misce ubijamy kremówkę i dodajemy ją do reszty.
Zaparzamy kawę i przelewamy ją do głębszego półmiska. Wlewamy alkohol i mieszamy.
Po kolei każdy biszkopt delikatnie namaczamy w kawie z likierem(uważamy aby nie nasiąkły) i układamy w półmisku lub w pucharkach. Na to nakładamy część kremu, posypujemy borówki i kładziemy połowę biszkoptów (moczymy je w kawie tuż przed wyłożeniem). Nakładamy drugą część masy i całość posypujemy borówkami. Możemy sam wierzch posypać ciemnym kakao.
Wkładamy do lodówki na co najmniej 3 godziny (można też na noc).



Wpis Sfinansowany z Funduszu Promocji Owoców i Warzyw







sobota, 5 lipca 2014

O najlepszych ciastkach zainspirowanych porwaniem mnie w odległą krainę



  Nie dalej niż tydzień temu Signor Fly rozkazał mi spakować najważniejsze rzeczy w walizeczkę niewiele większą niż moja podręczna torba. Z szerokim uśmiechem zakomunikował, że wyjeżdżamy. "Zero pytań" dodał z dumą w głosie i odważnym krokiem wyszedł z pokoju. Na nic zdały się moje błagania i podchwytliwe pytania dotyczące pogody i sposobu podróżowania. W pośpiechu zdążyłam,więc chwycić do ręki aparat, parę butów i kilka niezbędników. Z przerażeniem w oczach patrzyłam na zawartość mojej szafy i wielkość walizki. Dyskutowałam, że" jeśli jedziemy/lecimy/płyniemy tam gdzie są same góry to po co mi szpilki? Ale jeśli lecimy na plażę...to muszę wziąć kostium? A jeśli do jakiegoś miasta...to przecież garderoba zupełnie musi być inna. A jeśli będzie padać to może płaszcz ! Ale po co płaszcz jeśli będzie słońce ! A parasolkę brać? Właściwie to ja już nigdzie nie jadę, bo co to za sens...jak nawet nie wiem co mam tam robić!" Po kilku godzinach pakowania i głośnych dyskusji wreszcie udało nam się dostać na lotnisko (przynajmniej zgadłam, że nie płyniemy promem). Wszyscy jednak byli tak tajemniczy, że dopiero stojąc pod bramką zobaczyłam magiczny napis "London". Tak to z małą walizeczką trafiłam do ogromnego i czarującego Londynu, w którym puby są przemoknięte od nadmiaru piwa, whiskey i cydru, metro ma 12 linii i 275 stacji, stare kamienice otaczają szklane wieżowce, a ludzie chodzą boso po jaskrawo zielonej trawie w Hyde Parku. No i jest mój najukochańszy Marks & Spencer Food, w którym chętnie spędziłabym pół wyjazdu( jak to dobrze,że choć Signor nie popada w obłęd kiedy zobaczy kilka słoiczków) ! 
  Ale o tym i o wielu fajnych miejscach napiszę w następnych postach, a tymczasem zapraszam Was na najlepsze ciastka, do zrobienia których zainspirowały mnie wypieki w jednej z najfajniejszych kawiarni w centrum Londynu.


CUD MIÓD MALINA
Najlepsze w tych ciastkach to połączenie białej czekolady i malin, które królują już na targach. Powoli i skutecznie wygryzają truskawki. Nic dziwnego, gdyż wystarczy jedna malina na podniebieniu, a jej słodki smak przenosi nas w odległe ścieżki lasu. Owoce te oprócz wielu witamin jakie w sobie zawierają, posiadają także mnóstwo błonnika (najpierw syci, a potem usprawnia trawienie), a ich 100g to tylko 47 kcal. Co ciekawe są one również doskonałym środkiem przeciwgorączkowym i przeciwzapalnym ! Cieszmy się, więc ich smakiem. Póki są :)





Najlepsze ciastka z malinami, białą czekoladą i kokosem !
(Przepis zaczerpnęłam z bloga Kwestia Smaku
Składniki:
- 100g masła
- 150g mąki
- 1/2 szklanki wiórków kokosowych (zachęcam do przygotowania ich własnoręcznie jak tutaj)
- 1/2 łyżeczki soli
- 1/2 szklanki cukru (najlepiej własnoręcznie zrobionego cukru różanego) -w przepisie było o połowę więcej, jednak dla mnie były troszkę za słodkie
- 1 jajko
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (nabyłam w Marks&Spencer)
- niecała tabliczka białej czekolady
- maliny (ok 300g) 
- do pomocy może Ci się przydać też pierścień/obręcz kuchenną do wykrojenia ciastek jeśli ciasto się rozleje)


Czekoladę kroimy na drobne kwadraciki. Ja każdą kosteczkę podzieliłam na ok 6 części. Suche składniki (mąka, wiórki, sól -bez cukru) mieszamy w jednej misce. Osobno ubijamy masło, dosypujemy cukier i jajko. Dokładnie miksujemy. Po pewnym czasie, kiedy cukier już przestaje chrzęścić, dolewamy ekstrakt, Dosypujemy składniki suche i miksujemy. Dodajemy czekoladę i delikatnie mieszamy. Za pomocą łyżki układamy małe porcje ciasta na blaszce wyłożonej papierem , zostawiając duże przerwy (lubi się wylewać). Na blaszce powinno zmieścić się ok. 5 dużych ciastek ! Nakładamy po kilka malin na wierzch i pieczemy  w 180 C przez ok. 12-15 min, aż do czasu kiedy na brzegach będą złociste, a w środku miękkie i jaśniejsze. Blachę wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do ostygnięcia. Dopiero potem zdejmujemy nasze wypieki (na ciepło lubią się łamać).
Uwaga:
Jeśli ciasto wyleje się pod koniec pieczenia możemy wziąć obręcz i wykroić kształt ciastek. 


Wpis Sfinansowany z Funduszu Promocji Owoców i Warzyw





niedziela, 29 czerwca 2014

Ciasto dla czekoladoholików z porzeczkami

Czerwone porzeczki to odległy smak moich wakacji na działce dziadków. Pamiętam, że rosły pod płotem sąsiada i często nad ranem skradałam się, żeby zerwać czerwoną garść tych kwaśnych owoców. Ich delikatnie cierpko-słodki posmak wywoływał niekontrolowany grymas na mojej twarzy, który pozostał mi do dziś. Nadal lubię ich kwaskowatość, lecz teraz wolę przełamywać ją z intensywną słodyczą gorzkiej czekolady, która idealnie równoważy odczucia smakowe. Jest jeszcze jedna zaleta takiego połączenia. Podobno owoce czerwonej porzeczki mają znaczenie dietetyczne, dzięki dużej zawartości witaminy C, prowitaminy A, soli mineralnych, cukrów i kwasów organicznych. Natomiast czekolada to głównie magnez, wapń,  żelazo, a także wiele innych ważnych witamin. Warto, więc łączyć tak wartościowe składniki w jedno i stworzyć na przykład pyszny czekoladowy sernik na zimno. Dzisiejsza propozycja jest przede wszystkim dla czekoladoholików, gdyż ciasto jest niezwykle intensywne w smaku i przez ilość czekolady jest stosunkowo ciężkie.
 Nie wymaga pieczenia, więc świetnie nadaje się na letnie upały. Koniecznie podajemy je z sezonowymi porzeczkami.  Sernik przygotowałam bez spodu, aby zaoszczędzić trochę kalorii, ale świetnie smakuje także ze spodem z kruszonych np.orzechowych herbatników.

Uwaga.Najlepiej przygotować w mniejszej formie (o średnicy maks 22cm), gdyż moja była zdecydowanie za duża.

Czekoladowy sernik na zimno z czerwonymi porzeczkami:
Spód (opcjonalnie)
- opakowanie (ok.180g) ciastek ( ja używam orzechowych, ale pasują też digestive)
- 50g roztopionego masła
- 3 łyżki zmielonych orzechów laskowych 
- 2 łyżeczki rozpuszczalnej kawy
Masa:
-500g twarożku lub serków homogenizowanych (ja użyłam serki homogenizowane czekoladowe, ale wyjdzie także ze zwykłym zmielonym serem na sernik)
- 250g czekolady (ja użyłam gorzkiej, by deser był wytrawniejszy)
- małe świeżo zaparzone mocne espresso (ok 4-5 łyżek)
- 200g śmietany 30%
- 2,5 łyżeczki żelatyny (do jej rozpuszczenia będziemy potrzebowali dosłownie kilka łyżek wrzątku)
- ok. 5 czubatych łyżek cukru pudru (ilość w zależności od tego jak słodki jest ser oraz czekolada)
- kilka kropelek prawdziwego ekstraktu z wanilii
- kubełek czerwonych porzeczek

Spód:
W garnuszku, na malym ogniu,  rozpuszczamy masło.  Kiedy już całkowicie będzie płynne zdejmujemy z palnika i wrzucamy kawę. Dokładnie mieszamy. W blenderze kruszymy ciastka na bardzo drobno i łączymy z roztopionym kawowym masłem. Dokładnie mieszamy i powstałą masą wykładamy dno tortownicy (wyłożonej papierem). Równomiernie wygładzamy łyżką, tak aby zakryć boki. Wstawiamy do lodówki i przygotowujemy masę.
Masa:
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej na płynny, aksamitny sos. Kiedy rozpuści się całkowicie zdejmujemy z ognia, aby chwilę się przestudziło. Ser dokładnie miksujemy i dodajemy 3/4 cukru (resztę używamy do śmietany, aby lepiej się ubiła), ekstrakt z wanilli, rozpuszczoną czekoladę oraz espresso. Miksujemy na gładką masę.
W osobnej misce ubijamy na sztywno śmietanę z odrobiną cukru pudru. W szklance rozpuszczamy żelatynę i energicznie mieszamy. Dodajemy do niej łyżeczkę masy serowej, aby się nie zważyła i dorzucamy do całej masy. Miksujemy. Na koniec delikatnie dodajemy ubitą kremówkę i łyżką ostrożnie mieszamy. Masę przelewam na spód i wkładamy na kilka godzin do lodówki (na ok 3-4 godzin). Przed podaniem obficie posypujemy porzeczkami (najlepiej je wcześniej oczyścić i rozdzielić).

Wpis Sfinansowany z Funduszu Promocji Owoców i Warzyw





Zobacz inne przepisy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...