Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje kulinarne podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje kulinarne podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2014

Filmowa Restauracja



Signor Fly ostatnio wyznał mi, że uwielbia wszystkie korzyści płynące z faktu, że prowadzę własnego bloga. Krótko mówiąc ja odwalam "czarną robotę", a on zgarnia ze mną wszystkie przyjemności. Niewątpliwie jedną z nich jest odkrywanie miejsc, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Niektóre z nich nie znajdują się na liście najlepszych restauracji w Warszawie, choć często powinny wskoczyć na ich miejsce. Niektóre z nich są schowane w błękitnych wieżowcach, przez co trudno jest trafić na nie "z ulicy".



RESTAURACJA FILMOWA
Takim miejscem jest "Restauracja Filmowa", znajdująca się w budynku Warsaw Tower przy ulicy Siennej 39. Jej nazwa nie jest bez znaczenia, gdyż głównym elementem wystroju są tu czarno białe portrety największych osobistości polskiego i zagranicznego kina oraz kolorowe plakaty kultowych filmów jak Pulp Fiction, Śniadanie u Tiffany'ego czy Killer. Podobno matką chrzestną tego miejsca jest Krystyna Janda, która rekomenduje je innym wybitnym aktorom. Stąd też na większości portretów widnieje własnoręczny autograf i podziękowania dla właścicielki.

DANIA

Restauracja specjalizuje się w kuchni polskiej. W menu znajdziemy propozycje dla każdego. Dla pierwszych gości (lokal otwarty jest już od 8:30) czekają przeróżne rodzaje jajecznicy, omletów czy ciabatt podawanych na ciepło.
Na późniejszą porę, menu oferuje typowo polskie zimne i ciepłe przystawki. Znajdziemy między innymi tatar z wołowiny, domowy pasztet z "pijaną" śliwką, pierogi czy żołądki z leśnymi grzybami. Równie ciekawy jest wybór sałat ułożonych na dużym talerzu. Nieco głodniejszych gości zainteresują tradycyjne polskie zupy, jak tradycyjny rosół, żurek czy barszcz z uszkami lub pasztecikami, a na drugie wiele rodzajów mięsa lub ryb podanych w towarzystwie różnych dodatków jak np. kaczka pieczone w miodzie z jabłkami w sosie pomarańczowym, czy łosoś pieczony z masłem anchois lub sardelowym.


CO JEDLIŚMY
Signor Fly, jako miłośnik klasyki, na początek zamówił rosół z uszkami, który przypominał prawdziwy babciny rosół. Skrycie doszukiwałam się śladów sugerujących użycie zakazanych kostek, ale nic z tego. Nawet ja (ta która nie cierpi rosołu i uważa, że to zwykła "tłusta woda") podkradłam kilka łyżek z miseczki Signora.
Na drugie zjadłam pyszne eskalopki cielęce w sosie z leśnych kurek podane na szpinaku i chrupiących, opiekanych ziemniakach. Bardzo delikatne mięso na śmietanowych grzybach i czosnkowym szpinaku było równie dobrym pomysłem co wybór Signora Fly'a, czyli delikatna sztuka mięsa w sosie chrzanowym z warzywami.
Niestety na deser już nie mieliśmy miejsca, ale na pewno wrócimy na sernik z musem malinowym,gorącą szarlotkę z musem waniliowym czy tort bezowy z owocami i sosem toffi !

PODSUMOWUJĄC
Restauracja Filmowa, choć ukryta w szklanym wieżowcu, w środku jest niezwykle klimatyczna i ciepła. Liczne portrety na ścianach lokalu tworzą niepowtarzalną, aktorską atmosferę, a dania łączą ze sobą nowoczesność i typowo tradycyjne polskie smaki.Jedyne co zmieniłabym, to tematykę menu, aby bardziej wiązała się z filmem, o którym świadczy nazwa lokalu.
Uwaga, restauracja w weekendy jest NIECZYNNA, o czym nie jest napisane niestety ani na stronie ani na wejściu. Niewątpliwie jest to utrudnienie dla tych, którzy chcą wybrać się na weekendowy obiad, bądź kolację. W tygodniu lokal otwarty jest do 21.
Przyjdźcie i sprawdźcie sami :)

Poczytajcie recenzje innych restauracji, które niedawno odwiedziłam : L'ARC i BISTRO Warszawa


sobota, 5 lipca 2014

O najlepszych ciastkach zainspirowanych porwaniem mnie w odległą krainę



  Nie dalej niż tydzień temu Signor Fly rozkazał mi spakować najważniejsze rzeczy w walizeczkę niewiele większą niż moja podręczna torba. Z szerokim uśmiechem zakomunikował, że wyjeżdżamy. "Zero pytań" dodał z dumą w głosie i odważnym krokiem wyszedł z pokoju. Na nic zdały się moje błagania i podchwytliwe pytania dotyczące pogody i sposobu podróżowania. W pośpiechu zdążyłam,więc chwycić do ręki aparat, parę butów i kilka niezbędników. Z przerażeniem w oczach patrzyłam na zawartość mojej szafy i wielkość walizki. Dyskutowałam, że" jeśli jedziemy/lecimy/płyniemy tam gdzie są same góry to po co mi szpilki? Ale jeśli lecimy na plażę...to muszę wziąć kostium? A jeśli do jakiegoś miasta...to przecież garderoba zupełnie musi być inna. A jeśli będzie padać to może płaszcz ! Ale po co płaszcz jeśli będzie słońce ! A parasolkę brać? Właściwie to ja już nigdzie nie jadę, bo co to za sens...jak nawet nie wiem co mam tam robić!" Po kilku godzinach pakowania i głośnych dyskusji wreszcie udało nam się dostać na lotnisko (przynajmniej zgadłam, że nie płyniemy promem). Wszyscy jednak byli tak tajemniczy, że dopiero stojąc pod bramką zobaczyłam magiczny napis "London". Tak to z małą walizeczką trafiłam do ogromnego i czarującego Londynu, w którym puby są przemoknięte od nadmiaru piwa, whiskey i cydru, metro ma 12 linii i 275 stacji, stare kamienice otaczają szklane wieżowce, a ludzie chodzą boso po jaskrawo zielonej trawie w Hyde Parku. No i jest mój najukochańszy Marks & Spencer Food, w którym chętnie spędziłabym pół wyjazdu( jak to dobrze,że choć Signor nie popada w obłęd kiedy zobaczy kilka słoiczków) ! 
  Ale o tym i o wielu fajnych miejscach napiszę w następnych postach, a tymczasem zapraszam Was na najlepsze ciastka, do zrobienia których zainspirowały mnie wypieki w jednej z najfajniejszych kawiarni w centrum Londynu.


CUD MIÓD MALINA
Najlepsze w tych ciastkach to połączenie białej czekolady i malin, które królują już na targach. Powoli i skutecznie wygryzają truskawki. Nic dziwnego, gdyż wystarczy jedna malina na podniebieniu, a jej słodki smak przenosi nas w odległe ścieżki lasu. Owoce te oprócz wielu witamin jakie w sobie zawierają, posiadają także mnóstwo błonnika (najpierw syci, a potem usprawnia trawienie), a ich 100g to tylko 47 kcal. Co ciekawe są one również doskonałym środkiem przeciwgorączkowym i przeciwzapalnym ! Cieszmy się, więc ich smakiem. Póki są :)





Najlepsze ciastka z malinami, białą czekoladą i kokosem !
(Przepis zaczerpnęłam z bloga Kwestia Smaku
Składniki:
- 100g masła
- 150g mąki
- 1/2 szklanki wiórków kokosowych (zachęcam do przygotowania ich własnoręcznie jak tutaj)
- 1/2 łyżeczki soli
- 1/2 szklanki cukru (najlepiej własnoręcznie zrobionego cukru różanego) -w przepisie było o połowę więcej, jednak dla mnie były troszkę za słodkie
- 1 jajko
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (nabyłam w Marks&Spencer)
- niecała tabliczka białej czekolady
- maliny (ok 300g) 
- do pomocy może Ci się przydać też pierścień/obręcz kuchenną do wykrojenia ciastek jeśli ciasto się rozleje)


Czekoladę kroimy na drobne kwadraciki. Ja każdą kosteczkę podzieliłam na ok 6 części. Suche składniki (mąka, wiórki, sól -bez cukru) mieszamy w jednej misce. Osobno ubijamy masło, dosypujemy cukier i jajko. Dokładnie miksujemy. Po pewnym czasie, kiedy cukier już przestaje chrzęścić, dolewamy ekstrakt, Dosypujemy składniki suche i miksujemy. Dodajemy czekoladę i delikatnie mieszamy. Za pomocą łyżki układamy małe porcje ciasta na blaszce wyłożonej papierem , zostawiając duże przerwy (lubi się wylewać). Na blaszce powinno zmieścić się ok. 5 dużych ciastek ! Nakładamy po kilka malin na wierzch i pieczemy  w 180 C przez ok. 12-15 min, aż do czasu kiedy na brzegach będą złociste, a w środku miękkie i jaśniejsze. Blachę wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do ostygnięcia. Dopiero potem zdejmujemy nasze wypieki (na ciepło lubią się łamać).
Uwaga:
Jeśli ciasto wyleje się pod koniec pieczenia możemy wziąć obręcz i wykroić kształt ciastek. 


Wpis Sfinansowany z Funduszu Promocji Owoców i Warzyw





piątek, 27 września 2013

smaki Dalmacji




Jest takie miejsce, w którym błękit morza łączy się ze szmaragdowym turkusem i bielą brzegu kamienia dalmatyńskiego. Gdzie ludzie uśmiechają się do siebie bezinteresownie, a mewy wykradają śniadanie z tarasu. Oliwki dojrzewają na co drugim drzewie,granaty zachwycają swoim rumieńcem, a figi suszą swoją słodycz za płotem sąsiada.



  To miejsce nazwane Dalmacją, powinno nosić nazwę sekretnego raju. O urokach krajobrazu trudno pisać, gdyż nawet najlepszy aparat nie odda jego piękna. Znacznie łatwiej rozpisywać się na tematy bliższe memu sercu . I choć kalmarów, jakimi uraczono mnie w Hiszpańskiej mieścinie, nic przebić nie zdoła. A i tuńczyka jadłam lepszego nawet w samym centrum Polski- daleko od mórz i oceanów. To mięso w Chorwacji śmiało nazwać można wybornym. Signor Fly tutejsze steki nazwał lepszymi od argentyńskich. I poprzeć go w tej opinii muszę całym sercem i żołądkiem.Steki w kremowym sosie ze świeżym zielonym pieprzem, były jednym z najlepszych dań, jakie kiedykolwiek udało mi się kosztować. I piszę to z pełną odpowiedzialnością, choć nigdy wcześniej nie posądzałam się o taką miłość do czerwonego mięsa.




Godne polecenia są także sałatki dostępne w niemalże każdej restauracji. I choć nazwa "mix" może zniechęcać, uwierzcie że warta jest wypróbowania. Na liście udanych zaliczyliśmy także Krewetki z makaronem z posmakiem rześkiego morza, choć nic nie mogło się równać wspomnianym stekom. Jeśli będziecie, więc kiedyś w rejonie miasta Primosten, zajrzyjcie koniecznie do restauracji Konoba Vesela Grill.

  Kończąc mój "kulinarno-podróżniczy" wpis, obowiązkowo także zajrzyjcie do miasteczka o dźwięcznej nazwie "Trogir", gdzie ukryte uliczki zaprowadzą Was do ogromnych statków tamże cumujących.





Wyniki KONKURSU:
 Wreszcie konkurs, który ogłosiłam jakiś czas temu, został rozstrzygnięty. Listę zwycięzców znajdziecie na moim fanpage'u- tutaj.
Gratuluje Wam dziewczyny ! I dziękuje wszystkim za liczne przepisy :) Prześlijcie mi proszę Wasze adresy korespondencyjne na mój adres kulinarna.fuzja@gmail.com  :)



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Uliczkę znam w Barcelonie


Pamiętam ciasne uliczki kolorowej Barcelony, intensywnie sączone Sangrie wypełnione owocami po brzegi i zapach aromatycznej paelli na La Rambla*. Na każdym kroku można było natrafić na bary serwujące "TAPAS"*, w których najczęściej mieścił się jedynie mały stoliczek, a pomimo to udawało im się gościć   niezliczoną ilość przechodniów, turystów i mieszkańców. 
I choć wspomnienie chwil tych systematycznie blaknie w pamięci z biegiem czasu, to smaki i zapachy utrwaliły się na dobre.
  Piszę ten post nie dlatego, iż właśnie wróciłam z wakacji. Bynajmniej. To wakacyjne smakołyki trafiły do mnie. Nadchodził wieczór, kiedy to spóźniony kurier dostarczył mi ogromny wiklinowy kosz Hiszpańskich i Portugalskich produktów. Adresatem był LIDL. Ciecierzyca, oliwa, hiszpański sos pomidorowy, sos piri piri, oliwki z sardynkami i tarta imperial..To wszystko mieściło się w jednej przesyłce. Przetarłam oczy z zaskoczenia, zakasałam rękawy i zabrałam się za gotowanie. 
Sięgnęłam po sos piri piri i stwierdziłam, że dobrze będzie pasował do udek kurczaka, leżących w mojej lodówce. Tak też zrobiłam. Wyszły cudne "piriańskie" udka z grillowanymi warzywami.

UWAGA !
PRZYPOMINAM WAM O KONKURSIE, gdzie można wygrać książki Kulinarnego Bloga Roku 2012 (szczegóły tutaj). Ze względu na wakacje, termin nadsyłania przepisów przekładam na 1 września :) 


GRILLOWANE PIRIAŃSKIE UDKA Z WARZYWAMI
Marynata:
- 6-8 udek kurczaka
- łyżka sosu piri piri
- 2 łyżki siekanego świeżego oregano
- szczypta sosu cayenne
- 1 łyżeczka soli 
- 2 łyżki sosu sojowego oraz  sosu Worcester (ilość w zależności od upodobań)
- 6 ząbków czosnku (dokładnie posiekane lub wyciśnięte)
- ok. 1/3 szklanki oliwy
Warzywa:
- papryka czerwona
- 2 pomidory
- 4 ząbki czosnku (obrane lecz w całości)
-cukinia średniej wielkości
- 2 cebule
-1/2 szklanki czerwonego wina

Do dekoracji:
- płatki sera na wierzch (może być parmezan czy mozzarella)
-listki oregano

Kurczaka nacinamy delikatnie (aby przyprawy mogły dostać się do środka mięsa) i łączymy je z pozostałymi składnikami marynaty. Odkładamy, pod przykryciem, na parę dobrych godzin lub na całą noc.
Po tym czasie na patelnię wrzucamy mięso (wraz z marynatą). Kilka minut smażymy na wysokim ogniu.
W tym czasie paprykę kroimy na paseczki, wcześniej wydrążając z niej pestki. Cukinię kroimy na talarki, a cebule na ćwiartki. Z pomidorów zdejmujemy skórę (nie jest to konieczne).
Wyjmujemy udka i zostawiamy samą marynatę. Do niej wrzucamy warzywa (bez pomidorów) i podlewamy winem. Dusimy ok. 10min (będą dochodzić w piekarniku). Po tym czasie przekładamy je do żaroodpornego naczynia z płynem. Na to układamy kurczaka i kawałki pomidorów.
Grillujemy, aż mięso ładnie się zarumieni i w środku nie będzie surowe.
Na wierzch posypujemy kawałki sera i podpiekamy kilka minut.
Dekorujemy listkami ziół.

Do tego przepisu polecam szklaną brytfannę Termisil, w której można swobodnie podpiekać i zamrażać. Temperatura równomiernie podpieka każde udko :) (i to nie fałszywa reklama. Uwierzcie mi)
Na więcej przepisów zapraszam na stronę http://zdroweparcienaszklo.pl/




La Rambla- najsłynniejsza ulica Barcelony, w dzielnicy Barri Gòtic. Prowadzi od Plaça de Catalunya w centrum do pomnika Krzysztofa Kolumba na nabrzeżu. 
Tapas- najsławniejsze przekąski. Jadane najczęściej przy barze wczesnym wieczorem, czasem odwiedzając po kolei kilka barów."Pochodzenie tapas wiąże się z tym, że Andaluzyjczycy pijąc wino szklankę przykrywali plasterkiem suchej kiełbasy, aby chronił przed muchami. Z czasem zaczęto dodawać cienką kromkę chleba z różnymi dodatkami"

 Georg A.Weth Kuchnia katalońska Salvadora Dalí, MUZA SA, Warszawa 2001

środa, 14 listopada 2012

O Bat micwie i o Halifaxie

Dziś o żydowskim święcie i o urokach Nowej Szkocji.

zdjęcie z internetu
Ostatni dzień w Toronto...
  Wyczekana Bat micwa i spotkanie ludzi przez dwadzieścia lat żyjącymi tylko w naszej pamięci.
Jest zimno, a być może to tylko podekscytowanie. Na miejscu witają nas przyjaciele, których dotąd widziałam tylko na lekko wypłowiałych już zdjęciach. W synagodze jest pełno mężczyzn z myckami na głowach. I ku mojemu zaskoczeniu wcale nie mają długich czarnych pejsów i bród. Przez cały czas ktoś wchodzi, wychodzi, wstaje lub zmienia miejsce. Jeden śpiewa, drugi się śmieje, a trzeci wita czule przytulając czwartego. I tak świętuje cała synagoga święto Rachel, dla której to jeden z najważniejszych dni. Podczas gdy dziewczynka czyta słowa tory po hebrajsku, nagle kilka osób roznosi kosz z żelkami. Szeleszczenie papierków nieco dekoncentruje Rachel.W myślach jesteśmy wściekłe na tego kto wymyślił rozdawanie słodkości w połowie czytania. Sprawa się wyjaśnia kilka minut później, kiedy to papierki po żelkach zostają wyrzucane w stronę bohaterki dnia. Jest to znak słodkiego życia, jakiego wszyscy jej życzymy. Od teraz trzynastoletnia Rachel jest dorosła duchowo, choć wyraz słodkiego,nieco zawstydzonego dziecka wcale jej nie znika z twarzy. Uroczystość trwa przeszło trzy godziny. Głównie polega ona na śpiewaniu pieśni tory.Wkrótce potem jest lunch w podziemiach synagogi. Rzucam się na hummus i chałkę. Chętnie zjadam też inne dania, choć smak tych dwóch potraw pozostaje mi w pamięci po dziś dzień.

Wieczorem wybieramy się już na mniej oficjalne świętowanie, które jest po prostu imprezą.
Jest muzyka, dużo śmiechu i olśniewająca Rachel radośnie plotkująca z przybyłymi przyjaciółkami. Hummus tym razem nie był tak dobry. Za to ozorki przypadły mi do gustu w 100% (dopóki moja wyobraźnia nie podsunęła mi kilku obrazków na myśl). Kończy się już odkrywanie żydowskiej tajemnicy Bat micvy. Idę spać, bo na drugi dzień lecimy o świcie do Halifaxu (Nowej Szkocji).





Nowa Szkocja...i duch Titanica
Lubię Kanadę. A najbardziej  Nową Szkocję. Jest w tym miejscu coś magicznego i tajemniczego zarazem.  Po prawej stronie woda i skały po drugiej stronie woda  i lasy. Włosy lekko kołyszą się na wietrze. Jest dość chłodno,ale niezwykle kolorowo. Dużo tu drzew. Praktycznie same drzewa i woda. Błogi spokój z cudownymi ludźmi, których pokochałam od pierwszego wyjrzenia (ale to temat na książkę, a nie na krótki post). Pierwszy dzień spędzamy w Halifaxie, który już zawsze będzie mi się kojarzył z lodami i Titaniciem. Lody są tu ręcznie robione w cukierkowym sklepiku, gdzie wszystko przypomina kolorowy, bajkowy świat.


A tu się prawdziwe lody ukręca: 



Halifax w słońcu jest bardzo ładny, choć w niewytłumaczalny sposób niekiedy mnie niepokoi. Może to tylko kwestia murowanych domów, które na jesień kolorystycznie przypominają brązy liści spadających z drzew. A może kwestia duchów, w które nigdy nie wierzyłam. Na swój sposób można to wytłumaczyć, gdyż to właśnie tu,w kanadyjskim portowym miasteczku kilka dni po tragedii Titanica pochowano ok. 150 ofiar

     Już w piątek opowiem wam o tym co jedli pasażerowie Titanica i o tym dlaczego warto tu jeść homary. W sobotę natomiast możecie mnie posłuchać w legionowskim radiu 89,4 lub na stronie radia (www.hobby.pl). Od 9 do 10 prowadzę audycję kulinarną "podróże ze smakiem" wraz z dwójką szalonych dziennikarzy redakcji weare.pl, którzy umilają Wam czas do 14 :)









poniedziałek, 5 listopada 2012

O szklanym świecie...

Dziś opowieść o szklanym mieście, zwanym Toronto...




TORONTO

  Codziennie, wczesnym rankiem wsiadamy do pociągu (burlington-toronto), by powitać miasto świeżym bajglem i kawą.
I tak cztery dni, od rana do wieczora.
 

 
 Toronto jak zawsze w biegu. Żywe, tłoczne i pełne dziwnych ludzi. Można się zmęczyć samym patrzeniem na pędzące osoby.
Najpierw obowiązkowy pobyt w Lawrence Market. Tu witają nas żywe kolory owoców, warzyw, ryb i cukierków. Tysiące odmian ryżu, oliwek,ryb, mięs i orzechów. W biegu zjadamy po amerykańskim, chrupiącym ciasteczku z dużą ilością belgijskiej czekolady i orzeszkami pekanowymi.  (Wskazówka: zawsze przychodźcie tu nad ranem. Najlepiej do 15. Wtedy jest najwięcej dostawców i towaru.)
Ruszamy na dalsze poszukiwanie przygód.








Cn Tower to nasz kompas. Kiedy widzisz "czubek w chmurach" od razu wiesz gdzie jesteś!
Pewnego dnia wchodzimy na jej szczyt, żeby  z góry zobaczyć ten wysoki, bladoniebieski świat. Wszędzie widać szklane domy i wodę. Staję na szklanej podłodze, z której obserwuję miasto znad 500m. Dziwne uczucie.  Najpierw strach, potem lekkie uczucie podniecenia i tak na przemian.
Następnego dnia pada deszcz. Toronto w strugach deszczu jest smutne, szare i bez życia. Wtedy nawet taxówki nie są takie pomarańczowe. Przemakają mi buty i mapa. Wysiadamy z autobusu.
I nagle wychodzi słońce. Nagle dostrzegamy tylko chińskie znaki. To chiński świat na tle szklanych domów.



CHINA TOWN
Zaczynamy od zielonej herbaty. Dużo tu sklepów z różnymi dziwnymi ziołami i  leczniczymi grzybami(do zaparzania). Wyglądają dość przerażająco i pachną nie lepiej. Tracimy siły z głodu i trafiamy do jednej z chińskich knajpek. Dostajemy następną zieloną herbatę i pół godziny zajmuje nam przestudiowanie 6stronnicowego menu. Czerwone, chińskie pismo miesza się z angielskimi nazwami i dostaję bólu głowy. Zmieniam zdanie pięć razy i wybieram w końcu wietnamski naleśnik z wieprzowiną i krewetkami (Błąd !) Za to moja mama wybiera bardziej klasycznie. Makaron sojowy, krewetki, spring rollsy. Zapisujemy wybrane numerki na kartce (system polega na wpisaniu numeru dania z karty, ilości porcji i rozmiaru. Kelner zabiera kartkę i w ten sposób nie musimy nawet wymieniać zdania ).



 Nie mogę uwierzyć, że przez 20lat nigdy jeszcze nie udało mi się wybrać czegoś smaczniejszego od dania wybranego przez moją rodzicielkę ! Z głodu zjadamy wszystko, nie wybrzydzamy i dziękujemy z udawanym uśmiechem. Tak naprawdę czuję rozczarowanie. Niedosyt smakowy zapychamy kanadyjskimi ciasteczkami i już jest lepiej.
Kierujemy się do następnego miejsca zaznaczonego na mapie. Wsiadamy do czerwonego autobusu i wysiadamy przy potężnym murze oddzielającym nowoczesne miasto od neogotyckiego zamku na wzgórzu.

Dawno, dawno temu...

W samym środku miasta  powstał zamek, zwany Casa Loma. Zamek, który bynajmniej nie był miejscem zamieszkania władcy, a jedynie dodatkiem do bajecznego życia niejakiego Sir Henry'ego Milla Pellatta,wpływowego finansisty i żołnierza w służbie Korony Brytyjskiej. Człowieka, dzięki któremu w domach Toronto zaświeciło światło i rozwinęła się elektryczność. Człowieka, który inwestował w powstawanie kanadyjskiej kolei  i który stworzył fabrykę samolotów. Niektórzy twierdzą, że Casa Loma była jego zabawką i miejscem urządzania wystawnych przyjęć dla tysiąca gości. Ale ja zdecydowanie wolę tą drugą wersję i mocno wierzę, że jest to prezent Henrego dla jego ukochanej żony.
Trzeba przyznać,że całkiem duży ten prezent. Aż 98 pokoi i pierwszy mieszkalny budynek, w którym zamontowano windę. Z najwyższych okien widać panoramę całego Toronto i niesamowite wieżyczki domu, które przypominają  komnaty.
   Niestety rzeczywistość okazała się zbyt daleka do tej bajkowej scenerii zamku, albo po prostu zbyt życiowa. Ukochana żona umarła, a sam Pellat zbankrutował i musiał opuścić swój dom, oddając go w ręce miastu. Niegdyś jeden z najbogatszych ludzi w Kanadzie został z niczym. Zamieszkał  w małym, skromnym domku.Może nazwijmy rzeczy po imieniu...była to chałupina na przedmieściach Mimico. Tam też zmarł,nigdy nie powracając do Casa Lomy.
Wychodzimy nieco przybite wielkością zamku i smutną historią upadku.

     Wracamy do naszego tymczasowego domu, do Burlington i opijamy to co mamy. Pocieszamy się,  że pieniądze to nie wszystko...bo ważne, że są naleśniki z syropem klonowym!
Przed nami jeszcze wciąż Bat micvah i cała Nowa Szkocja:)


sobota, 27 października 2012

O jesieni w Kanadzie i ThanksGiving, cz.I


    
Pokochałam jesień. Tylko tą kanadyjską. Bo żyje intensywnością kolorów, krwistą czerwienią i liśćmi  w kolorze syropu klonowego, spływającego w świetle ciepłego słońca. I pomarańczą dyni na każdym kroku, pod każdymi drzwiami domów i witryn sklepowych.



Burlington, Guelph, Meaford, Toronto, Halifax-Nowa Szkocja, Langdon Hall, Thanks giving, Bat Mitzvah. Dwa tygodnie, a jakby jeden dzień. Pierwszy raz jestem w tym miejscu razem z mamą, która wraz z powrotem do Polski, pożegnała się z tym krajem. Widzę jej wspomnienia tlące się w głowie. Wspomnienia swoich 3letnich wakacji i wspomnienia moich narodzin. Obserwuję ją jak usilnie próbuje przypomnieć sobie chwile, miejsca i ludzi. Ale to już nie to samo miejsce i domy już inne....
Ja poznaję drugi raz moją drugą ojczyznę i wciąż ją odkrywam.
Każdy się przyjaźnie uśmiecha, a ja buduję wspomnienia na nowo.

   Najpierw BURLINGTON. Pamiętam to miasto sprzed roku. Wciąż jest tak samo spokojne i niewzruszone. Wszystko jest tu słodkie i powolne. Nerwy są  niewskazane. Burzą idealny spokój tego miejsca i widok domków, przypominających pałacyki z bajek....

(Słodkie witryny na zapowiadające nową bezglutenową cukiernio-piekarnię)

Potem Guelph. Wypełnione fabrykami i magazynami. Wysoko, ponad wystaje katedra. Podobna do tej naszej- europejskiej paryskiej Notre Dam. Dużo tu studentów. Rozpoznacie ich po krótkich spodenkach. Choćby pogoda była jak na Alasce, trudno jest im się chyba pożegnać z tą częścią garderoby. Może to wyznaczanie nowych trendów, albo nowy sposób na uodparnianie organizmu ? Nie wiem.
Stąd już niedaleko do najlepszej restauracji w hotelu SPA, czyli do Langdon Hall.
   W setce najlepszych restauracji, czemu się wcale nie dziwie. Homar ze słodkim groszkiem sprzed roku jeszcze dziś powoduje miłe drżenie na języku . Tym razem smak dania mi nieznany. Pieczony Arctic Char. Idealnie rozpływający się w ustach. Coś pomiędzy łososiem, a doradą.  Wykwintność dania podkreśla delikatne wina. Wchodzi jak woda, więc muszę zdjąć obcasy. Na deser trufle i małe, za to obficie wypełnione czekoladą, brownies. Rozkosz trwająca bezlitośnie tylko chwilę.


 

THANKSGIVING

Przed wyjazdem w nieznane, przygotowujemy prezent. Dipy do krakersów w trzech postaciach. Moja mama chrzestna wzięła się za łososia, ja zrobiłam guacamole oraz pastę z orzechów i fety. 


ThanksGiving spędzamy już gdzie indziej. To Meaford. Lalki tu wiszą na każdej latarni. Przypomina to nasze polskie dożynki. Jedna postać ciągnie drugą w górę i tak całą ulicę.Bawi i przeraża jednocześnie. Oprócz tego dużo lasów i kolorów. Ogromne jezioro Georgian Bay, nad którym położony jest domek znajomych, ciągnie się aż po horyzont. Trudno jest tu rozróżnić błękit nieba od błękitu wody.
 Surowy indyk jeszcze leży w soli i cukrze(sposób na wilgotniejsze mięso). Dziwne...myślalałam, że jako główny bohater wieczoru, powinien dawno już siedzieć w piekarniku. Tak jak jest zawsze na filmach. Tymczasem każdy siedzi nad instrukcją urządzenia do szybkiego przygotowania indyka. Burczy mi w brzuchu i tracę nadzieję na kolację. Oglądamy wszyscy film, choć bardziej od losu bohatera filmu, obchodzi mnie los gwiazdora wieczoru(indyka). W końcu, wykończona myśleniem, zapadam w sen...budzi mnie wołanie na kolację i lekko otępiała idę do stołu. Ku mojemu zaskoczeniu wszystko jest gotowe.




   Podano  tłuczone ziemniaki w dzbanie (takie puree), pieczoną dynię z ziołami, fasolkę usmażoną na surowo, no i naszego bohatera w towarzystwie świeżej żurawiny. Przed zjedzeniem każdy musi za coś podziękować.
W myślach dziękuję, że urządzenie zadziałało i widzę upieczonego indyka (po  jedynie półtorej godziny). Halleluyah !


Miłe, amerykańskie zakończenie wieczoru, czyli apple pie i pumpkin pie. Oczy zachodzą mgłą i zapadam w ciężki sen.
Przed nami jeszcze Toronto, Nowa Szkocja i wiele innych miejsc i opowieści, o których chętnie napiszę Wam w następnym poście.

Tymczasem życzę Wam udanego Halloween i podaję mój ulubiony przepis na ciasto dyniowe (zapożyczone z bloga Kwestia Smaku)

Składniki:
-2 jajka
-200g mąki
-3/4 szkl. cukru (około 180 g), można dać mniej + dwie duże łyżki cukru waniliowego
-150 ml oleju roślinnego
-250 g startej na tarce surowej dyni
-po 600g wiórków kokosowych i zmiadżonych płatków migdałowych
-1 pokrojona brzoskwinia (świeża lub z puszki)
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-ja dodaję też łyżeczkę cynamonu *
Do kremu i dekoracji:
-listki czekoladowe
- opakowanie philadeplhi
-50g masła miękkiego
-1/2 szkl. pudru



Robimy krem. Ucieramy serek z masłem na bardzo puszystą masę. Nastepnie  powoli dodajemy cukier i cały czas miksujemy. Gdy krem będzie już gęsty i puszysty- odstawiamy do lodówki i robimy ciasto. Przesiewamy do miski mąkę i proszek. Oddzielnie ubijamy jajka, aż do uzyskania puszystej piany. Cały czas miksując, wsypujemy powoli cukier i (kiedy masa będzie już gęsta) dolewamy powoli olej. Dodajemy stopniowo dynię, wiórki, cynamon*, płatki i przesianą mąkę. Mieszamy i dodajemy brzoskwinię. Wylewamy na natłuszczoną tortownicę lub blachę. Pieczemy ok. 1h, aż patyczek będzie suchy. Wyjmujemy z piekarnika, studzimy i kroimy na pół. Do środka dodajemy 2/3 kremu. Resztę masy nakładamy na wierzch ciasta. Dekorujemy i podajemy :)




Zobacz inne przepisy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...